Ile z nas zaczynało dietę z mocnym postanowieniem pozbycia się
zbędnych kilogramów i wytrzymywało dwa, trzy dni i odkładało sprawę na
później bo to i tak nie ma sensu. Bo mam okres. Bo jest mi źle i muszę
zjeść coś dobrego. Po coś tam. Ale na pewno z dwa tygodnie wrócę.
I niektóre nawet wracają. Na dwa dni. Co bardziej wytrwałe na cztery.
Frustracja,
wściekłość na siebie i swoje słabości oraz mocne postanowienie poprawy -
znamy to chyba wszystkie. I mało kiedy udaje nam się z niego wyjść.
Wszystko
dlatego, że w nagłych przypływach optymizmu połączonych z desperacją
(nie zmieściłam się w zeszłoroczną sukienkę) bierzemy się za drakońskie
diety połączone często z wariackim programem ćwiczeń co nijak ma się do
naszych dotychczasowych przyzwyczajeń. I chodzimy głodne i zamęczone.
Jedzenie nie smakuje, wszystko boli i nie ma na nic czasu, bo oprócz
normalnych obowiązków dochodzi nam rewolucja kuchenno - zakupowo -
ćwiczeniowa. Tragedia w trzech aktach.
Nie tędy droga.
Historia
uczy, że rewolucja zawsze zbiera krwawe żniwo i zjada własne dzieci.
Ewolucja natomiast przebiega łagodnie i dokładniej pozbywa się wyłącznie
niechcianych elementów.
Zatem - może warto spróbować metody długofalowej, ale w ostatecznym rozrachunku bardziej skutecznej?
I
w tym momencie wybrzmiało chóralne "TAK!!!" i wszystkie radośnie
zabrałyśmy się do rewolucyjnego ewoluowania. Wszystko na raz, więc
nieskutecznie. Ups.
Zasada jest prosta - ewolucja działa powoli.
Małe kroczki. Wprowadzamy jedno ulepszenie w miesiącu, bo potrzeba 21
dni na utrwalenie się nawyku. A nie chodzi o dwutygodniową dietę z
efektem jojo tylko realną zmianę, która pewnie zajmie kilka lat. Ale
jest możliwa.
Zaczynamy od rachunku sumienia. Co robię
źle, ale też co robię dobrze. Szczegółowo i bez okłamywania samej
siebie. Nawyki spożywcze, komunikacyjne, ogólnożyciowe.
Kolejnym
krokiem jest pogłębianie tych właściwych i stopniowe zamienianie
szkodliwych na dobre. UWAGA: Zaczynamy od tego, na czym nam najmniej
zależy. Albo od tego, co najłatwiej osiągnąć. Nie od trudnego, choćbyśmy
nie wiem jak chciały. Ewolucja to proces polegający na drobnych, prawie
niezauważalnych zmianach.
Dobra, był wykład teraz kilka przykładów.
1)
Dojeżdżamy do pracy tramwajem lub autobusem. Zacznijmy wysiadać jeden
przystanek wcześniej. Albo wsiadać później. I tak co miesiąc wydłużamy
trasę marszu aż dojdziemy do chodzenia na piechotę.
2) Za mało warzyw, za dużo wypełniaczy.
Zastanówmy
się, które "zielsko" naprawdę lubimy i zacznijmy po odrobinie zwiększać
jego porcje. Ugotujmy o jeden ziemniak mniej. Zetrzyjmy więcej
marchewki. Dorzućmy kilka pomidorów koktajlowych do posiłku albo jako
przekąskę zamiast ciastek. Coś niewielkiego, czego organizm w pewnym
sensie nie zauważy. Teraz jest sezon na bób - warto go ugotować zamiast
czegoś tłustego i słonego do gryzienia.
3) Gotowe posiłki lub jedzenie byle czego.
Znajdź
chwilę na wyprodukowanie kilku porcji, które włożysz do zamrażarki i
odgrzejesz w momencie gdy nie będziesz miała czasu na normalne
gotowanie. Możesz też zaopatrzyć się w mrożone warzywa,które
przygotowują się o wiele szybciej i sprawniej niż świeże, łatwiej się
przechowują, a wartości mają te same.
I naprawdę -
nie zmuszaj się do czegoś, co Ci nie odpowiada. Wydumana dieta gwiazdy
za ciężkie pieniądze jest dobra dla niej, a nie dla Ciebie. Po prostu.
Lepiej zmienić coś na trwałe, jeść i robić to co się lubi i być szczęśliwym niż kombinować wbrew sobie z marnym skutkiem.
Jak
się spokojnie zastanowimy to może się okazać, że obecnie robimy całą
masę rzeczy, których nie chcemy tylko do końca sobie tego nie
uświadomiłyśmy. Najczęściej postępujemy w ten sposób, bo jest blisko,
wygodnie i nie trzeba myśleć. Weszło w nawyk. I tak kupujemy wieczorem
paczkę chipsów w Żabce pod domem zamiast winogron czy innych owoców na
straganie. I to można pogryzać do filmu i to. Albo wstajemy za późno,
nie robimy śniadania ani do domu ani do pracy, a potem jemy dużo byle
czego bo żołądek nam do krzyża przyrasta. A kilogramów przybywa mimo
codziennych głodówek. Właściwie to dzięki nim.
Zatem
zastanówmy się rzetelnie, co nam przeszkadza, czego nie lubimy i jak to
zastąpić czymś, co nam naprawdę odpowiada. Rezultaty się pojawią.
Kiedyś...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Blogmas 24/25
Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się poło...
-
Sobota, 20 grudnia. Przeżyłam wizytę w sklepie. A nawet w dwóch. Do teraz nie wiem jakim cudem, ale się udało. Oczywiście, nie udało nam s...
-
Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się poło...
-
Czwartek, 18 grudnia. Posprzątałam biurko. Praktycznie całe. Nie zajrzałam tylko na półkę z nutami, ale to naprawdę nie ma znaczenia. Jes...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz