7 grudnia. Druga niedziela adwentu.
Znowu nie umyłam lodówki.
I za ten fakt winą obarczam mojego męża. W całości. Z pełną świadomością i w poczuciu odpowiedzialności za stawiane zarzuty.
Bo gdyby nie mył okna w kuchni, to ja bym się za tę lodówkę wzięła. Zatem to jego wina.
A tak poważnie, to lodówka wprawdzie dalej nieumyta, ale za to inne prace posunęły się mocno do przodu. I to takie nieoczekiwane.
Ale najpierw napiszę Wam o pomidorkach, bo wczoraj zapomniałam.
Otóż tego lata z nieznanej przyczyny w doniczce z drzewkiem szczęścia wyrósł pomidor. Nawet dwie sztuki. Skąd się tam wzięły - nie mam pojęcia. Może jak odstawiałam pojemniki z nasionami to padły, ale dlaczego akurat one i do tej doniczki to nie wiem. Widocznie tak miało być.
Oczywiście, ponieważ rosły sobie dziko i w towarzystwie sporej rośliny, to były o wiele mniejsze od swoich towarzyszy z rozsad. Zresztą nawet wykiełkowały o wiele później i dlatego nie dołączyły do reszty. Dowiedziałam się o ich istnieniu w czerwcu albo nawet lipcu, już nie pamiętam. Tato miał je wziąć na działkę ale cały czas zapominał. W końcu zakwitły i powiedział że takich się nie przesadza. Zresztą to był już chyba sierpień, więc te działkowe powoli miały iść do likwidacji.
Krzaczki rosły, kwitły i coś je w końcu zapyliło. Okazało się, że to czerwone pomidorki koktajlowe. Owoce pojedynczo dojrzewały i były spożywane ze smakiem.
Aż "minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i... " w listopadzie zdecydowałam że pora wnieść drzewka szczęścia do mieszkania. A tu krzaczki pomidorów mają się doskonale i pełno na nich zielonych kulek. Małżonek chciał wyrzucić, a ja mówię żeby zostawić bo w domu dojrzeją.
I rzeczywiście dojrzewają, choć trochę im to zajmuje. Ale warto, bo są bardzo słodkie. Jak w środku lata. Wczoraj zebrałam sześć, dziś widzę jeszcze z pięć czerwonych. I kilka zielonych. Kupie nawóz uniwersalny to podleję.
W ogóle widzę że te krzaki świetnie sobie w domu radzą i nie marnieją. Co chwila wyrastają im nowe gałązki, a stare trochę obumierają. I tak pomyślałam, że spróbuję przetrzymać je do wiosny, może przeżyją. Jak zjem ostatni owoc to je przesadzę do nowej doniczki i zobaczymy co się wydarzy.
No nic, wracam do nieumytej lodówki.
Zatem przyszłam z kościoła, zjedliśmy śniadanie, potem zaliczyliśmy chwilkę przy kawie i herbacie. O pierwszej uznaliśmy że dość tej laby bo zaraz się ciemno zrobi a okna trzeba jednak umyć. I tak szanowny mąż znalazł się w kuchni, dokładnie przed drzwiami lodówki.
Pokręciłam się chwilę niepewna co z tym fantem zrobić, po czym wzrok mój padł na regał z materiałami. Nadmienię tylko, iż rzeczony mebel wypadał z każdej listy i od momentu postawienia raczej nie był generalnie sprzątany. A tu jakoś tak się za niego wzięłam. Od góry.
I postanowiłam nie tylko odkurzyć i umyć półki, ale też, o zgrozo!, uznałam że pora coś wyrzucić. Bo skoro dotąd nie przerobiłam dwóch zepsutych torebek i za ciasnej miniówki to chyba już ich nie wykorzystam.
I tak zrobiłam pierwszą wielką torbę śmieci. Wyleciały jakieś rzeczy nie do naprawienia, obcięte mankiety od skracanych spodni i inne dziwne rzeczy, które się tam znalazły. Pozostałe tkaniny ładnie poukładałam i wygląda to znowu bardzo przyzwoicie. Wprawdzie nie przeglądałam plastikowych pudeł, ale i tak jest o niebo lepiej.
W tym czasie mój mąż umył w kuchni okno, parapet i zrobił na rzeczonym parapecie porządek. Oraz pod nim, bo nasze okno kuchenne jest wyżej niż normalnie i między blatem a parapetem jest spora przestrzeń. Tak kiedyś budowano.
A potem umył kawałek ściany przy oknie nad kaflami, bo tam było brudno. I zrobiło się dziwnie, bo teraz reszta kuchni wyglądała paskudnie. Ja cały czas walczyłam z regałem.
Potem wziął się za okno w sypialni, ja wstawiłam firankę do prania, a on to okno i parapet skończył. I wrócił do kuchni.
Ja spokojnie wyprodukowałam następną torbę śmieci, umyłam kaloryfery w salonie i sypialni i wróciłam do pracowni. Przecież tam też jest kaloryfer. Za stolikiem z maszyną.
Odsunęłam maszynę, odwróciłam się żeby wejść do kuchni i oniemiałam. Zobaczyłam umyte ściany i sufit, wyszorowaną rurę od gazu i zostałam poproszona o szybkie umycie krateczki wentylacyjnej leżącej w zlewie, co niezwłocznie uczyniłam.
A potem wzięłam zmiotkę i szufelkę i poszłam się zająć kaloryferem.
Potem firanka się wyprała i została powieszona.
Potem przyjechał zamówiony obiad. Spóźniony o godzinę.
Potem poszliśmy ze śmieciami, których zrobiło się trzy torby i worek. A potem wynieśliśmy część rzeczy do piwnicy.
A potem nalałam po pół piwa i usiadłam do pisania blogmasa.
Stan robót 23/84 i nieumyta lodówka.
A w kalendarzu świeczka o zapachu orchidei. Ładna, kwiatowa, minimalnie mydlana oraz niedusząca. Chyba zostanie do wiosny, bo to zdecydowanie niegrudniowy zapach.