Blogmas 14/25

 

14 grudnia, trzecia niedziela adwentu. 10 dni do Wigilii.

Gaudete in Domino semper: iterum dico, gaudete.

Mam nadzieje, że dziś do sklepów nie poszedł nikt, kto naprawdę nie musiał. Choć pewnie przez placówki handlowe przewijały się całe tłumy osób, które mogłyby zrobić zakupy w tygodniu. 

Ja zamiast świątyni handlu odwiedziłam tę katolicką. I to dwa razy, gdyż śpiewanie miałam zarówno rano, jak i po południu. Było to męczące, nie przeczę. Zwłaszcza, że zmiana pogody nie podziałała na mnie najlepiej - całe przedpołudnie bolała mnie głowa i chciało mi się spać. Nawet się zmartwiłam, czy mnie coś nie rozkłada, bo jakoś tak w gardle nie było mi zbyt wyraźnie. Ale wzięłam tabletkę z ibuprofenem i mi przeszło. Przynajmniej na tyle, że byłam w stanie zaśpiewać po raz drugi. A wcześniej kupić i przynieść choinkę.

Z zakupem drzewka wyszła akcja jak nigdy. 

Przez kilka ostatnich lat choinki zamawiałam u znajomego, który zamawiał je u swojego znajomego, który to znajomy też je od kogoś kupował. Taki łańcuszek świętego Antoniego. Rzecz wyglądała tak, że pisałam ile sztuk i w jakim wymiarze i czekałam na informację, że przyjechały i za ile. Po czym jechałam do swojego znajomego, dawałam mu pieniądze i zabierałam drzewka. Piękne, świeżo ścięte i ogromne. Co roku większe.

W tym roku jednak wyszło, że z jakiegoś powodu choinek nie będzie. Dramat. Skąd ja teraz wezmę drzewko na Boże Narodzenie? Przecież nie z marketu, bo tam nie dość, że suche, to jeszcze za małe. Masakra.

Rozmawiałam o tym wczoraj z rodzicami i mama powiedziała, że niedaleko mojego domu sprzedają. Czynią to na tym roku co najmniej od półwiecza, ale ja przestałam rejestrować tego typu przybytki niemal dekadę temu. 

W każdym bądź razie umówiliśmy się wczoraj z tatą, że wracając z kościoła podejdzie do mnie i pójdziemy na przeszpiegi. Dowiemy się co jest i za ile. Kupować nikt nie zamierzał, choć gotówkę mieliśmy oboje. Od osób niewybierających, czyli mamy i męża usłyszeliśmy jakieś wytyczne na temat rozmiaru i kłucia, ale wiadomo - kupimy co uznamy za stosowne, bo od lat wybieramy choinki i są piękne. Faktem jest, że od kiedy zaczęliśmy z tatą jeździć po drzewka to zawsze były one bardzo ładne. Te od znajomego znajomego znajomego to już w ogóle była pierwsza klasa. Symetryczne, gęste - prawie nierealne.

Zatem udaliśmy się do punktu sprzedaży drzewek iglastych i... kupiliśmy dwa świerki. Jeden srebrny dla mnie i jeden zwykły dla rodziców. Tacie się wprawdzie podobała taka troszkę mniejsza jodła, ale mu wytłumaczyłam, że ona jest szersza i rzadsza od upatrzonego przeze mnie egzemplarza. Bo rzeczywiście była. Nie wypadło tak drogo, kłują jak należy i są gęste. Są też sporo szczuplejsze od tych z lat poprzednich, ale wyglądają ładnie i są w miarę symetryczne. Na górze nawet bardzo, więc jest super.

Na razie wylądowały u mnie w garażu, choć tato ma zamiar jutro zająć się swoim drzewkiem. My swoje postawimy pewnie w sobotę, więc do tego czasu muszę mieć salon gotowy na światełkowo - bombkowy armagedon.

Oczywiście, w następny weekend też śpiewam w obydwa dni ale nie tak intensywnie jak teraz. Coś zdołam ogarnąć.

I dobrze, bo dziś po przyniesieniu choinki musiałam się zdrzemnąć. Chyba ciężka była, bo przecież ja do słabeuszy nie należę. Ale jak przyszłam z garażu i usiadłam żeby prześpiewać wątpliwy fragment to mi tak głowa zaczęła lecieć, że się położyłam i odpłynęłam na 40 minut. Ledwie zdążyłam wstać i się ubrać do kościoła.

Ale mam choinkę. Która nie zalicza punktu z listy "choinka", bo ten się zaplusuje dopiero jak będzie gotowa.

Zatem dziś stan taki jak wczoraj.

A w kalendarzu świeczka o zapachu zwanym wigilijnym wieczorem. Oczywiście, zostaje na święta. Odpale je wtedy jakoś zmieszane żeby zapach był tym bardziej intensywny i świąteczny.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Blogmas 24/25

  Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się poło...