Blogmas 24/25

 

Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia.

Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się położyli wraz ze wstającym słońcem.

Ja w efekcie zrobiłam 314 uszek, a mąż ogarnął wszystko jak myłam głowę. I zrobiła się czwarta. Kutię zrobiłam dopiero dziś, bo zapomniałam namoczyć pszenicę. Nie szkodzi. Jest słodka i rumowa. 

Teraz zostało mi tylko naszykować sukienkę, pomalować paznokcie i twarz. I możemy iść do rodziców na Wigilię.

Wszystkim Wam życzę ciepłych, rodzinnych, pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia. I pamiętajcie - nie musi być perfekcyjnie. Czego się nie zdążyło, to trudno. Cieszcie się tym czasem i nie dajcie się zwariować. 

A w kalendarzu oczywiście świeca o zapachu wigilijnego wieczoru. Zaraz zapalę. 

Blogmas 23/25

 

Wtorek, 23 grudnia. Jutro Wigilia Bożego Narodzenia.

A ja w średnim proszku. Miałam plan żeby jutro mieć dla siebie, ale to się chyba nie uda. Chyba, że dziś będziemy walczyć do zwycięstwa.

Na razie zrobiłam 120 uszek na wieczerzę i 60 dla nas na potem. Farszu mi zostało jeszcze na jakieś 90-120, a ciasta na 30, więc będę musiała troszkę dorobić. Ale zamierzam je tej nocy skończyć. Zamrożę po 30 w woreczku i będzie na zaś. Raz w roku można się napracować.

Została mi jeszcze kutia do skończenia. A jaki jest najważniejszy składnik kutii? Zgadza się, rum. Pokrojone bakalie moczą się już od południa w rumie z wodą, została mi tylko pszenica i mak. I na koniec podlać rumem. Niektórzy dodają jeszcze śmietankę 30%, ale ja do nich nie należę. Alkohol wystarczy. Zwłaszcza, że wszystkie składniki będą odpowiednio mokre, więc nie trzeba już jej rozwadniać.

Ja szaleję w kuchni, a mąż w łazience. Aż się boję, że zetrze kolor z kafelków. Może mu powiem, ze nie musi na mnie czekać z położeniem się spać? Posprzątam po swoim gotowaniu, obiecuję. Nawet podłogę umyję. I mikrofalówkę odstawię na miejsce. I ekspres do kawy też.

 Bo żeby mieć jako taki blat roboczy trzeba było te sprzęty przenieść do pracowni. Ale wrócą na miejsce, naprawdę. I nawet kuchenkę umyję. 

Ale ogólnie nie jest źle. Dom udekorowany i sprzątnięty (poza kuchnią). Uszka się robią. Kutia będzie. Jutro zostało wynieść śmieci, odkurzyć i zmienić pościel i ręczniki. I będą święta. 

A w kalendarzu dziś świeca o zapachu ciasteczek. Przyda się na jutro.

Wracam do uszek. 

Blogmas 22/25

 


 Poniedziałek, 22 grudnia.

Jak dobrze, że mam urlop. Bez tego chyba nie dalibyśmy rady. A tak, to zrobione zostanie to, co musi. 

Wczoraj zaczęliśmy ubieranie choinki. O 2:30 uznaliśmy, że sople i łańcuchy powiesimy dziś, bo ja i tak nie sięgam, a mąż już nie dawał rady wskakiwać na stołek. I słusznie, bo dziś pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie i spokojnie dokończyliśmy dekorowanie drzewka.

A potem ja schowałam się w kuchni zostawiając małżonkowi zbożne dzieło posprzątania powstałego bałaganu. Sama w tym czasie upiekłam ciasto dyniowe udające piernik, a potem wskoczyły dwie blachy sernika wiedeńskiego.

W tym samym czasie mój mąż poskładał pudełka po bombkach do plastikowych pudeł, a także udekorował okna światełkami, a mieszkanie figurkami. I umówił sie z moim tatą na transport pudeł.

Drugi sernik się upiekł jak przyjechał tato. Zatem zabraliśmy pudła, ciasto dyniowe,  prezenty dla rodziców i sernik i pojechaliśmy odpowiednio to rozdystrybuować. Jak wróciłam to minęłam się z małżonkiem przed drzwiami - wynosił śmieci. W domu zastałam wszystko przygotowane pod odkurzanie po choince. Mówiąc krótko - odwalił niesamowitą robotę. Jak przez cały ten czas. Ogarnęliśmy jeszcze szybkie zakupy, on odkurzył a ja w tym czasie przygotowałam obiad. A w zasadzie kolacje, bo o 21 to raczej takim mianem określa się spożywany posiłek.

I prawie mamy święta. Namoczyłam jeszcze grzyby na uszka i mogę się kąpać.

Jutro gotowanie, wałkowanie i klejenie, a jak mi się uda, to zrobię kutię. Taka przegryziona będzie smaczniejsza. I mycie kuchni oraz łazienki. I będą święta. A na razie mamy choinkę. I sernik.

W kalendarzu świeczka o zapachu szałwii i sosny. Paradoksalnie - na razie niepotrzebna, bo choinka pachnie samodzielnie. 

 

Blogmas 21/25

 

21 grudnia. Czwarta niedziela adwentu.

Dwa dni do świąt a ja jestem w proszku. Niemal dosłownym.

Choinka świeci, tato dostał ryby i chyba je nawet ogarnął, ale poza tym to w domu u mnie jakaś masakra. Mam nadzieję, że uda się to wszystko jakoś ogarnąć, bo na razie jest gorzej niż było, gdyż do ogólnego bałaganu doszedł jeszcze syf po ustawianiu choinki i pudła z bombkami porozstawiane po całym domu. 

Na razie światełka świecą na drzewku i oknie w salonie. Teraz muszę wziąć się za wieszanie bombek i chyba będę walczyć dziś do zwycięstwa. Bo choinka musi być ubrana i posprzątane po niej zanim przystąpię do innych czynności.

A zostały mi dwa serniki do upieczenia i ciasto dyniowe, uszka oraz kutia. I tort na moje urodziny. I krem. Ale te dwie rzeczy dopiero w samą wigilię, choć wszystkie bakalie namoczę wcześniej w rumie. 

Generalnie i tak się ciesze z osiągnięć dzisiejszego dnia. Okazuje się, że jak się wszystko dobrze zaplanuje, to wiele rzeczy da się sprawnie pozałatwiać.

Byłam umówiona po karpie z panem, od którego zawsze je kupujemy na ósmą rano, więc z tatą umówiliśmy się wcześniej, że zapakujemy bombki z piwnicy i wracając z rybami przywieziemy je do nas. Jeszcze potem przynieśliśmy choinkę z garażu, a ja z kolei pomogłam wnieść ryby tacie po schodach. Bo trochę ich jednak wyszło. I w sumie o dziesiątej siadaliśmy do śniadania, a choinka leżała w pokoju. 

Potem poszłam na ostatnie śpiewanie w tym roku.

Jak wróciłam, to choinka już stała i właśnie dostawała swój pierwszy komplet światełek. I wtedy ucieszyłam się, że dzisiejszy obiad mamy gotowy - wystarczyło tylko podgrzać. Nakarmiłam zatem siebie i męża, a potem on wziął się za dalsze oświecanie drzewka. Ja natomiast poszłam ze śmieciami i zajęłam się pakowaniem prezentów.

W tym roku nie szyłam woreczków tylko wzięłam z recyklingu. Trudno, ale czasem tak wychodzi. Moja mama i tak chciała mi oddać wszystkie z lat poprzednich, ale ją namawiam żeby na razie zastanowiła się nad ich ponownym wykorzystaniem. Można znaleźć dla nich całą masę zastosowań - od przechowywania suchych produktów spożywczych do zapakowania komuś prezentu.

Aktualnie drzewko świeci, prezenty spakowane a ja z czystym sumieniem mogę się wziąć za wieszanie bombek.

Sprzątać będę jak porobię wszystko inne. Może zdążę w dwie doby.

A w kalendarzu świeczka o zapachu cynamonu. I super. 

 

Blogmas 20/25

 

Sobota, 20 grudnia.

Przeżyłam wizytę w sklepie. A nawet w dwóch. Do teraz nie wiem jakim cudem, ale się udało.

Oczywiście, nie udało nam się rano wygrzebać zgodnie z założonym przeze mnie planem, ale do tego powinnam się w zasadzie przyzwyczaić. Zatem na parking Selgrosa zajechaliśmy w zasadzie koło południa. I pierwszy raz w życiu nie mieliśmy gdzie zaparkować. Tak po prostu. Nie było ani jednego wolnego miejsca na parkingu, na którym normalnie połowa placu jest pusta. Z wózkami też był, oczywiście, problem. Ale udało nam się jeden dorwać.

Weszliśmy do sklepu, ludzi trochę, choć nie tak gęsto jakby na to wskazywał stan parkingu. Spokojnie można było wszędzie dojść i włożyć do koszyka co się chciało. Zatem nabyliśmy pożądane produkty, trochę dodatkowych herbat, twaróg na sernik i śmietanę w kilogramowych wiaderkach, po czym zbliżyliśmy si do stoiska z rybami.

Już przy owocowo - warzywnym był tłum, ale dopiero jak doszliśmy do ryb to znaleźli się klienci z samochodów. Pierwszy raz widziałam tak długą kolejkę w Selgrosie. Oczywiście - po karpia. Muszę przyznać, że nawet nieźle to wykombinowali. Sprzedawali całe ryby, patroszone bez głowy, osobno same głowy, płaty oraz dzwonka. Dla każdego coś miłego. 

Na szczęście śledzie w paczuszkach można było wziąć bez kolejki. Niestety, wędzone ryby na wagę wymagały już ogonkowania. Zatem postawiłam małżonka z wózkiem na aktualnym końcu uporządkowanego tłumu zainteresowanych nabyciem tradycyjnego przysmaku wigilijnego, a sama podeszłam oglądać wystawiony towar niebędący karpiem.

Wybrałam co mi się podobało, skonsultowałam z mężem, poprawiliśmy nieco wybór i w momencie gdy dotarliśmy do uwijającego się jak w ukropie pana z obsługi już wiedzieliśmy czego chcemy. Chyba sprawiliśmy mu drobną przyjemność nabywając dwa wędzone karmazyny i prosząc o największego suma z dostępnych. Bo na taką świeżą rybę padł nasz wybór. Głównie ze względu na fakt, iż była dostępna w całości razem z głową. Zamierzam ją tak upiec na drugi dzień świąt jako druga potrawę obok kaczki. Będzie się ślicznie prezentował na półmisku polanym sosem szafranowym na białym winie i przysypany prażonymi płatkami migdałowymi. Już nie mogę się doczekać.

Wizyta w Kauflandzie przebiegła równie sprawnie, choć napotkany tam tłum był znacznie mniej zdyscyplinowany. Ale ponieważ ominęliśmy stoisko mięsno - wędliniarskie, to nie spotkało nas to najgorsze. Choć i tak było to traumatyczne przeżycie.

Podsumowując - mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się uniknąć sobotnich przedświątecznych zakupów. To zdecydowanie nie na moje nerwy. Ciesze się, że po zamówione karpie jadę jutro z samego rana do umówionego sprzedawcy.

Listę w zasadzie wyrzuciłam. Czego nie ogarnęłam, to już nie zrobię, posprzątam to co po wierzchu i tyle. Idą święta.

W kalendarzu adwentowym świeca o zapachu bursztynu i drzewa sandałowego. Odpalę ją jak się skończy to wariactwo.

Blogmas 19/25

 

Piątek, 19 grudnia.

Mam urlop. Aż  nie wierzę że to piszę. Po raz pierwszy od czasów studenckich mam wolne między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Dotąd nigdy nie miałam takiej możliwości. Zawsze w albo w firmie było coś, albo obowiązywała zasada, że w grudniu żadnych urlopów. A teraz mam wolne. Chętnie odpocznę. Zwłaszcza, że zaczyna się dla mnie przedświąteczne wariactwo. A jestem naprawdę zmęczona.

Muszę zrobić to, przed czym wszystkich ostrzegałam. Jadę na świąteczne zakupy. Jutro. W ostatnią sobotę przed Wigilią. Masakra. Ale naprawdę inaczej się nie da. Jak przeżyję to dam Wam znać. Na razie łudzę się, że wiele osób tak robi i żyję, więc czemu mam być wyjątkiem?

Dziś mój mąż kochany umył żyrandole. Jest to zadanie przekraczające moje możliwości przede wszystkim ze względu na wzrost. Poza tym... może lepiej nie dawać mi delikatnych przedmiotów do rąk? A tak on to ładnie porozkręcał, klosze wstawił do zmywarki i od razu w domu zrobiło się jaśniej.

 Ja dziś nie zrobiłam niczego poza ustaleniem z mamą kilku spraw. Wszystko czeka już na nadchodzące cztery dni. Musze zrobić zakupy, upiec ciasta i zrobić uszka. A potem ubrać choinkę. I ogarnąć dom. Uda się. Zawsze się udaje, więc czemu ten rok miałby być wyjątkowy?

Stan zadań 43/84.

A w kalendarzu na dziś świeczka o zapachu dzikiej orchidei. Jedną taką zużyłam, reszta czeka na wiosnę.

Wybaczcie tak krótki wpis, ale jestem dziś naprawdę padnięta. Trzymajcie za mnie kciuki jutro w sklepach. Oby udało mi się nikogo nie zabić.

Blogmas 18/25

 

Czwartek, 18 grudnia. 

Posprzątałam biurko. Praktycznie całe. Nie zajrzałam tylko na półkę z nutami, ale to naprawdę nie ma znaczenia. Jest czysto i ładnie.

Zajęło mi to prawie siedem godzin. Z tego dwie pierwsze odgruzowywałam blat. A także walczyłam z sobą żeby w ogóle posprzątać a nie tylko ułożyć wszystko na wierzchu we w miarę równe stosy i tyle. 

Takiego porządku nie robiłam co najmniej cztery lata sądząc z dat niektórych dokumentów znalezionych na stosie. Dlatego tym bardziej jestem z siebie dumna. I z męża, który dzielnie zniósł mój fatalny nastrój, zrobił mi pyszny obiadek, a na końcu wyniósł ogromny wór wyprodukowanych przeze mnie śmieci.

I może nie wszystko jest idealnie, na niektóre rzeczy dalej nie ma miejsca, ale jest czysto i na tyle ułożone, że da się tu swobodnie pracować. A w ostatnim czasie było to zdecydowanie mało komfortowe. Natomiast teraz siedzę przy uporządkowanym biurku i nie boję się, że coś mi spadnie na podłogę przy gwałtowniejszym ruchu. Mam nawet miejsce na herbatę.

I szafki są domknięte. I szufladę można normalnie wysunąć. I nawet znalazłam kilka rzeczy, których się nie spodziewałam. Jest super.

Wprawdzie w tej chwili czuję się wykończona, ale jestem szczęśliwa. Może nawet przestanę panikować, kto wie?

Natomiast dzisiejszy dzień jeszcze raz pokazał mi, co potrafi zrobić stres w połączeniu z niechęcią do zadania. Zdjęcie kilku pierwszych rzeczy z blatu było dla mnie prawie niemożliwe. Wynosiłam po sztuce na stół do salonu i co chwila szukałam czegoś innego do zrobienia. Masakra.

Co ciekawe, jak już blat zrobił się pusty to nagle dostałam szwungu. Szuflada ogarnęła się sama, szafka z dużymi rzeczami też. Ta z dokumentami była gorsza, bo tu musiałam przejrzeć papiery i je poukładać, a to zawsze zajmuje czas. Czytanie, porządkowanie, niszczenie - tu się nie da przyśpieszyć sprawy.

Jeszcze raz przejrzałam listę  rzeczy do zrobienia i już wiem, czego w tym roku nie zrobię. Wiem też, co musi zostać bezwzględnie wykonane. Zatem teraz zabieram się do planowania.

Stan na dziś 41/84 i czyste biurko.

A w kalendarzu świeca o zapachu ciasteczek. Tak przynajmniej deklaruje producent, choć ja wyczuwam tu głównie słodką wanilię. W połączeniu z ta cynamonową da super kombinację.

Blogmas 17/25

 

Środa, 17 grudnia.

Za tydzień o tej porze będę szła na pasterkę, bo u nas jest na 22:00. Nie rozumiem dlaczego, ale przynajmniej się wcześniej położę.

Zaczyna dopadać mnie przedświąteczny stres.

I to już na poziomie tak wysokim, że zamiast mobilizacji jest niemoc. Wracam z pracy,  jem obiad i siadam z telefonem w ręku zamiast brać się za zaplanowane rzeczy z listy. Oczywiście, wieczorem przychodzi poczucie winy i kac moralny. Bo nie da się zrobić wszystkiego w cztery dni. Myślałam, że w sobotę będę miała wszystko posprzątane i zajmę się lepieniem uszek, ale chyba nic z tego.

Wiem jedno - biurko muszę posprzątać jutro.  Wygląda okropnie, a szafki się nie domykają. Nie może tak zostać, bo stan blatu już dawno przekroczył artystyczny bałagan. Nie jestem pewna, czy znam kulturalne słowo na określenie go, a niekulturalnych używać nie będę. Zatem jutro po pracy - misja biurko. Nieodwołalnie i ostatecznie. Ciekawe jakie nuty się znajdą o których zapomniałam że je mam.

Na szczęście mimo niemocy udało mi się zaliczyć jeden punkcik z listy. Chociaż tyle. A może aż tyle?

Zatem stan na dziś wynosi 40/84. Za mało ale nic na to nie poradzę. Już wiem, że zamrażarki w tym roku nie ruszę. Nie szkodzi.

A w kalendarzu świeca o zapachu wiśni.  

Blogmas 16/25

 

Wtorek, 16 grudnia. Tydzień do Wigilii.

 "Wielki tenis, kupa błota / Nasza głucha rybka złota / A miało być tak pięknie..." - wszyscy chyba znamy tę piosenkę Elektrycznych Gitar. U mnie też miało być pięknie dzisiejszego wieczora. Miało...

Wróciłam z próby i chciałam ogarnąć podłogę w sypialni. Ale tak przedświątecznie, czyli doczyścić miejsca, do których na co dzień nie ma dostępu. Otworzyłam zatem szafkę pod zlewem żeby sięgnąć po detergent i zobaczyłam wodę. W szafce. Jak łatwo zgadnąć, nie jest to zjawisko zbyt pożądane, zwłaszcza o 21:30. Zresztą, o żadnej nie jest.

Zatem małżonek oddalił się od ekranu telewizora, na którym wyświetlano rozpoczynający się właśnie mecz piłki nożnej i przyszedł zbadać sprawę swym męskim okiem. Opróżnił szafkę, powycierał, pomacał, puścił wodę w kranie i w ciągu pięciu minut usunął usterkę przez dokręcenie węża od baterii. Katastrofa zażegnana.

A ja wzięłam się za domywanie szafki zwanej śmieciową. Jest to druga najbardziej znienawidzona przeze mnie do sprzątania szafka w kuchni. Wygrywa z nią tylko wąska szafeczka w kącie przy ścianie. W sumie nawet nie wiem czemu tak jest, bo wcale nie sprząta się tak źle. Wszystko wyjąć, umyć w środku i włożyć z powrotem. Tym razem jeszcze został odkręcony uchwyt w ramach detailingu drzwiczek. Pół godziny i po robocie. Mimo to zawsze biorę się do niej jak pies do jeża. Widocznie już tak musi być.

W każdym bądź razie wykonała się dziś zupełnie nieplanowana, ale bardzo potrzebna praca z listy. Cieszę się, bo podłogę w sypialni mogę zrobić jutro, a ten cały czas odwlekałam. A tak ogarnięte i zaplusowane. Z odgłosem piorących się ścierek w tle.

W ten sposób stan na dziś wynosi 39/84. Całkiem dobrze.

Kalendarz adwentowy przyniósł natomiast świeczkę o zapachu szałwii i sosny. Czyli tę "choinkową". Poprzednią sztukę wypaliłam, ale ta już zostanie żeby stworzyć niepowtarzalny klimat na świąteczne dni. 

 

Blogmas 15/25

 

Poniedziałek, 15 grudnia.

Zaczyna się ostatni tydzień przed świętami. Przyszłego poniedziałku i wtorku nie liczę. Wtedy będzie czas na prasowanie i ubieranie choinki.

A u mnie zaczął się tydzień wielkiego prania. Jak postawię choinkę to do szóstego stycznia nie będę chciała stawiać suszarki, więc teraz chcę maksymalnie opróżnić szafkę na pranie. Poza tym u mnie w rodzinnym domu przed świętami wszystko musiało być wyprane, wysuszone i schowane. U mnie tak się pewnie do końca nie uda, ale się postaram jak najbardziej zbliżyć do ideału. W końcu trzeba mieć cele i niekoniecznie muszą być one w Mokotowie.

Może uda mi się wyciągnąć świąteczne ściereczki? Wydaje mi się, że kiedyś się takich dorobiłam za pomocą mamy i chyba nigdy nie zostały rozpakowane. Leżą gdzieś na spodzie i czekają na lesze czasy. Wprawdzie sprzątanie w szufladzie ze ścierkami wypadło z listy, ale chyba ich poszukam. 

I kupiłam świąteczne ręczniki na promocji. Z Grinchem. Takie do rąk. Przed chwilą, w Sinsay. Czerwone i zielone. Myślę, że spokojnie przyjdą żebym mogła je w Wigilię powiesić przy umywalce. Już nie mogę się ich doczekać.

 Swoją drogą, to chyba muszę się wziąć za robotę. Dziś wprawdzie mąż ogarnął dwa punkty z listy, ale ja znowu nic. I muszę chyba spakować prezenty. Może tym razem uda się w gotowe woreczki, choć jeszcze to sprawdzę. W końcu mam ich kilka w doskonałym stanie, więc szkoda byłoby nie użyć. A ile czasu się zaoszczędzi. Zwłaszcza, że roboty mam jeszcze mnóstwo i najgorsze jest to, że większość musi zostać na ostatnią chwilę. Na szczęście ostatnia chwila już nadchodzi, więc od jutra chyba się zajmę na poważnie realizowaniem listy. Najgorsze jest moje biurko, ale to zaplanowałam na czwartek żeby w sobotę mieć wolne na inne prace. Mam nadzieję, że się wyrobię.

Na razie stan robót wynosi 37/84.

A w kalendarzu adwentowym coś się chyba pomieszało bo dostałam trzecią świeczkę o zapachu "Winter night stars". Pewnie później będą dwie o zapachu choinki. Nie przeszkadza mi to, i tak zapale je później.

 

Blogmas 14/25

 

14 grudnia, trzecia niedziela adwentu. 10 dni do Wigilii.

Gaudete in Domino semper: iterum dico, gaudete.

Mam nadzieje, że dziś do sklepów nie poszedł nikt, kto naprawdę nie musiał. Choć pewnie przez placówki handlowe przewijały się całe tłumy osób, które mogłyby zrobić zakupy w tygodniu. 

Ja zamiast świątyni handlu odwiedziłam tę katolicką. I to dwa razy, gdyż śpiewanie miałam zarówno rano, jak i po południu. Było to męczące, nie przeczę. Zwłaszcza, że zmiana pogody nie podziałała na mnie najlepiej - całe przedpołudnie bolała mnie głowa i chciało mi się spać. Nawet się zmartwiłam, czy mnie coś nie rozkłada, bo jakoś tak w gardle nie było mi zbyt wyraźnie. Ale wzięłam tabletkę z ibuprofenem i mi przeszło. Przynajmniej na tyle, że byłam w stanie zaśpiewać po raz drugi. A wcześniej kupić i przynieść choinkę.

Z zakupem drzewka wyszła akcja jak nigdy. 

Przez kilka ostatnich lat choinki zamawiałam u znajomego, który zamawiał je u swojego znajomego, który to znajomy też je od kogoś kupował. Taki łańcuszek świętego Antoniego. Rzecz wyglądała tak, że pisałam ile sztuk i w jakim wymiarze i czekałam na informację, że przyjechały i za ile. Po czym jechałam do swojego znajomego, dawałam mu pieniądze i zabierałam drzewka. Piękne, świeżo ścięte i ogromne. Co roku większe.

W tym roku jednak wyszło, że z jakiegoś powodu choinek nie będzie. Dramat. Skąd ja teraz wezmę drzewko na Boże Narodzenie? Przecież nie z marketu, bo tam nie dość, że suche, to jeszcze za małe. Masakra.

Rozmawiałam o tym wczoraj z rodzicami i mama powiedziała, że niedaleko mojego domu sprzedają. Czynią to na tym roku co najmniej od półwiecza, ale ja przestałam rejestrować tego typu przybytki niemal dekadę temu. 

W każdym bądź razie umówiliśmy się wczoraj z tatą, że wracając z kościoła podejdzie do mnie i pójdziemy na przeszpiegi. Dowiemy się co jest i za ile. Kupować nikt nie zamierzał, choć gotówkę mieliśmy oboje. Od osób niewybierających, czyli mamy i męża usłyszeliśmy jakieś wytyczne na temat rozmiaru i kłucia, ale wiadomo - kupimy co uznamy za stosowne, bo od lat wybieramy choinki i są piękne. Faktem jest, że od kiedy zaczęliśmy z tatą jeździć po drzewka to zawsze były one bardzo ładne. Te od znajomego znajomego znajomego to już w ogóle była pierwsza klasa. Symetryczne, gęste - prawie nierealne.

Zatem udaliśmy się do punktu sprzedaży drzewek iglastych i... kupiliśmy dwa świerki. Jeden srebrny dla mnie i jeden zwykły dla rodziców. Tacie się wprawdzie podobała taka troszkę mniejsza jodła, ale mu wytłumaczyłam, że ona jest szersza i rzadsza od upatrzonego przeze mnie egzemplarza. Bo rzeczywiście była. Nie wypadło tak drogo, kłują jak należy i są gęste. Są też sporo szczuplejsze od tych z lat poprzednich, ale wyglądają ładnie i są w miarę symetryczne. Na górze nawet bardzo, więc jest super.

Na razie wylądowały u mnie w garażu, choć tato ma zamiar jutro zająć się swoim drzewkiem. My swoje postawimy pewnie w sobotę, więc do tego czasu muszę mieć salon gotowy na światełkowo - bombkowy armagedon.

Oczywiście, w następny weekend też śpiewam w obydwa dni ale nie tak intensywnie jak teraz. Coś zdołam ogarnąć.

I dobrze, bo dziś po przyniesieniu choinki musiałam się zdrzemnąć. Chyba ciężka była, bo przecież ja do słabeuszy nie należę. Ale jak przyszłam z garażu i usiadłam żeby prześpiewać wątpliwy fragment to mi tak głowa zaczęła lecieć, że się położyłam i odpłynęłam na 40 minut. Ledwie zdążyłam wstać i się ubrać do kościoła.

Ale mam choinkę. Która nie zalicza punktu z listy "choinka", bo ten się zaplusuje dopiero jak będzie gotowa.

Zatem dziś stan taki jak wczoraj.

A w kalendarzu świeczka o zapachu zwanym wigilijnym wieczorem. Oczywiście, zostaje na święta. Odpale je wtedy jakoś zmieszane żeby zapach był tym bardziej intensywny i świąteczny.

 

Blogmas 13/25

 

Sobota, 13 grudnia.

 Dla wielu osób jest to niezwykle ważna data. Dla mnie osobiście nie, choć moi rodzice chyba mają trochę wspomnień związanych z tym dniem.

Nie będę się wypowiadać, bo uważam, że za mało czasu minęło byśmy mogli obiektywnie oceniać decyzje ówczesnej władzy. Niech się wypowiedzą historycy za jakieś dwa wieki. Jeszcze dwa wieki i historycy będą znacznie bardziej obiektywni.

Mnie dzisiejsza sobota minęła śpiewająco. Dosłownie.

Wstałam o zdecydowanie niechrześcijańskiej godzinie i poszłam na roraty. Pierwszy raz od kilku lat. Ale umówiliśmy się ze scholą i księdzem że je dziś zaśpiewamy, więc nie miałam wyjścia.

Wracając wstąpiłam po coś dobrego na śniadanie, więc kupiłam parówki i 40 jajek. Była promocja, a ja potrzebuję do sernika i kremu. A jeszcze tort i ciasto dyniowe to co najmniej kolejne 20 pójdzie. W przyszłym tygodniu niewątpliwie dobiorę, ale dziś po prostu miałam małą torbę, więc nie brałam za dużo. Poza tym byłam głodna i zmarznięta. I niewyspana. Zatem proszę o wybaczenie.

Po południu pojechałam do Trzebnicy na drugie śpiewanie. I tak zeszło do osiemnastej. Wtedy zjadłam obiad. A może to już kolacja? Nieważne. Najadłam się i tyle.

Swoją drogą chyba wraca do nas zima w najpaskudniejszym wydaniu.

Jest takie +/-0 i potworna wilgoć. I paskudna mgła. Zdecydowanie wolałabym śnieg i mróz niż to, co mamy teraz. Jest zimno, mokro i nieprzyjemnie. Aż się boję, co będzie jutro.

Bo jutro też śpiewam. Też dwa razy. Raz rano na mszy, a wieczorem nieszpory i mszę. To tak jakbym miała mało do roboty. 

Ale wbrew pozorom dzisiejszy dzień nie jest taki stracony dla listy prac przedświątecznych. Udało mi się uporządkować regał w sypialni i znalazłam na nim nuty, o których zapomniałam że są. Cieszę się zarówno z rezultatu sprzątania, jak i znaleziska.

Jak zwykle jestem też zmuszona do wystawienia laurki mężowi. Wróciłam i nie zastałam rzeczy przygotowanych do wyniesienia do piwnicy. Nie wiem, co z nimi zrobił, ale biorąc pod uwagę, że całość przedmiotów należy do niego, to nie zamierzam sprawdzać rezultatu. W domu ich nie ma i to najważniejsze. 

Zatem  stan prac na dziś 34/84. A przynajmniej tak wynika z moich zapisków. 

W kalendarzu adwentowym świeczka o zapachu bursztynu i drzewa sandałowego. Oczywiście, zostaje na później. 

Blogmas 12/25

 

Piątek, 12 grudnia.

Właśnie minęła symboliczna połowa naszego odliczania. 

A ja jestem w czarnej dziurze z przygotowaniami. Ale z drugiej strony nie wszystko można zrobić wcześniej, niektóre rzeczy muszą być na ostatnią chwilę.

Dzisiejszy dzień był dziwny.

W pracy było nawet przyjemnie, choć większość dnia zajęła narada podsumowująca kończący się rok i omawianie zmian wchodzących od stycznia. Raz na kwartał można takie coś przeżyć.

Po pracy natomiast nie miałam siły na nic. Zjadłam obiad, przytuliłam na chwilę kota i trochę się rozśpiewałam przed próbą. A jak wróciłam to usiadłam do kolacji, a teraz do bloga. I po piątku.

Generalnie na jutro nie planowałabym wyjścia na zakupy chyba że ktoś naprawdę musi. Lepiej odłożyć sprawę na poniedziałek - będzie stanowczo mniej ludzi. I świeży towar na półkach.

Ja powoli zacznę nabywać produkty na sernik, tort i krem. Z wyjątkiem sera i śmietany, oczywiście. Ale jajka, mąka i masło mogą spokojnie poleżeć. Nic się nie stanie a będzie z głowy. Zwłaszcza, że jajek wyszło mi do kupienia co najmniej 60. Lepiej niż na Wielkanoc. Więc pewnie kupię 80, bo zawsze któreś może okazać się pęknięte - takiego nie daję do ciasta pod żadnym pozorem. Jak nie leżało za długo to mogę jej wrzucić do jajecznicy lub ugotować na twardo, ale jeśli tylko mam jakiekolwiek wątpliwości to je po prostu wyrzucam. Lepiej się jednego pozbyć niż się struć, nawet jeśli prawdopodobieństwo takiego obrotu prawy jest znikome.

W przyszłym tygodniu muszę też skoczyć do Hali Targowej po produkty na kutię. Pszenicę i mak mam z zeszłego roku, ale kupię też gruszkę suszoną i takie ogromne rodzynki. Na hali jest takie stoisko, które odwiedzam właśnie w tym celu. Właścicielka w grudniu sprowadza bakalie specjalnie do kutii i są one zawsze w najlepszym gatunku. I kupuję na wagę, więc biorę dokładnie tyle ile mi potrzeba. W ten sposób nic się nie zmarnuje.

Muszę też kupić jakiś tani rum, bo przecież trzeba w czymś te bakalie namoczyć. A dobrego trochę szkoda.

Generalnie jutro chyba zrobię listę zakupów. Niczego innego raczej nie dam rady. Chciałabym wprawdzie odhaczyć choć jedną rzecz z listy ale nie wiem, czy cokolwiek mi się uda.

 Na razie stan taki jak wczoraj. Ale za to lodówka jest umyta.

Kalendarz dał mi świeczkę o zapachu dzikiej orchidei. Chyba ją sobie na chwilę zapalę. Całości dziś nie zużyję, bo niedługo idę spać, ale trochę niech poświeci. 

 

Blogmas 11/25

 

Czwartek, 13 grudnia.

Umyłam lodówkę.

Nie wiem dlaczego mycie lodówki wydaje mi się tak czasochłonnym procesem, skoro w rzeczywistości zajmuje niecałe dwie godziny. Wprawdzie bez zamrażarki, ale to sprzęt typu side - by - side, więc całości nawet nie dałabym rady opróżnić do mycia. Zresztą historię jego zakupu możecie przeczytać tutaj. Polecam.

Ogólnie czwartek jest u mnie dniem Dużych Robót ze względu na rozkład tygodnia. Nie muszę po pracy nigdzie wychodzić i następny też mam już mocno zaplanowany. Mam tylko nadzieję, że za tydzień będę w lepszej kondycji niż dziś, bo prawdę mówiąc, poza lodówką niczego dziś nie osiągnęłam. Byłam jakaś taka padnięta po pracy i musiałam się wręcz na kwadrans położyć. A po obiedzie też nie mogłam się zebrać i było pół do siódmej zanim w ogóle podeszłam do roboty.

Za to dla mojego męża dzień okazał się wyjątkowo owocny.

Przyszłam do domu i zastałam istny armagedon. Mój ślubny wziął się za swoje biurko i przestrzeń pod nim. A tam jest co sprzątać, bo jego część pracowni to warsztat elektroniczny, drukarnia 3D i warsztacik drobnych napraw w jednym. I panowała tam istna Sodoma i Gomora. Na moim biurku i w nim też tak jest ale ćśśś... nikt nic nie widział. 

I on tę  swoją część posprzątał. Sporo rzeczy czeka w przedpokoju na wyniesienie do piwnicy, ale nie bez powodu ze śmieciami szliśmy przed chwilą we dwójkę. Teraz u niego wygląda tak, że można pokazywać jako przykład pięknie, bezpiecznie i funkcjonalnie urządzonego stanowiska pracy. 

Jestem z niego dumna. Naprawdę. Bo robotę odwalił piekielną. Nie myślałam że aż tak dogłębnie to zrobi, liczyłam na ogarnięcie z wierzchu. A tu zrobił coś niesamowitego. Dalej nie wiem jak udało mu się to osiągnąć.

Ogólnie w kwestii przygotowań do świąt zaczynam mieć mieszane uczucia. Okazuje się, że na Wigilii będzie nas wyjątkowo dużo w porównaniu do ostatnich kilku lat. Z jednej strony bardzo się z tego cieszę - wreszcie nie będzie marudzenia że zrobiłam za dużo kutii i sernika, a z drugiej jakoś tak dziwnie. I uszek muszę nalepić sporo więcej. Ponad setkę. A jeszcze trzeba będzie trochę zostawić na później na jakiś smutny dzień. Dobrze, że mam grzyby, choć chyba trochę dokupię.

Ogólnie stan robót wynosi 31/84. I umyta lodówka. I prawie posprzątana pracownia.

A w kalendarzu świeca o zapachu cynamonu. Zostaje na święta na 100%.

Blogmas 10/25

 

Środa, 10 grudnia.

Dwa tygodnie do Wigilii. Boję się, że ze wszystkim nie zdążę.

Dziś mąż skorzystał z ciepłego dnia i udekorował balkon. Wygląda to super. Oczywiście, musiałam dokupić światełek, bo 1620 lampek to było za mało. W Action dokupiłam kurtynę ze śnieżynek i zawisła nad Mikołajem w saniach. Super to wygląda. 

Tych, którzy nie wiedzą informuję, że mój balkon ma wymiar 1,2m x 1,5m. Ale świeci tak, że książkę można czytać.

Moi rodzice wyprali mi też futrzaną narzutę na narożnik w dużym pokoju i dziś  została ona rozłożona. Super to wygląda - białe futro o długim włosie tworzy naprawdę niesamowity zimowy klimat. Patrząc na nie człowiek oczekuje metra śniegu za oknem i trzaskającego mrozu. A tu deszcz i z wiosny za chwile zrobi się wilgotne zimno. Ale trudno, na pogodę nie mamy wpływu.

Tym, którzy jeszcze nie zaczęli przygotowań do świąt nieśmiało przypominam że zostały dwa weekendy na dłuższe prace i siedem dni pracujących. Bo poniedziałku i wtorku przed Wigilią nie liczę. Wtedy będzie można prasować obrusy, myć łazienkę i ogonkować po chleb i warzywa. A także piec sernik. Całą resztę trzeba ogarnąć wcześniej.

Wcześniej proponuję też załatwić ewentualne sprawy urzędowe. Niby wszystko będzie otwarte, ale część osób weźmie urlop na 22 i 23 właśnie po to żeby pójść do urzędu. Można się spodziewać dzikich tłumów i wściekłej obsługi, więc z całego serca odradzam takie postępowanie.

Jeśli ktoś wybiera się na święta samochodem to proponuję udać się do mechanika jutro lub pojutrze jeśli trzeba coś w nim naprawić. W przyszłym tygodniu może nie być na to najmniejszej szansy. Poniedziałku i wtorku przed Wigilią nawet nie liczę, bo w te dni nikt niczego nie naprawi. Choćby z braku części. Zatem kto potrzebuje - do warsztatu marsz!

Stan robót 28/84. Lodówka dalej czeka na swoją kolej.

Kalendarz podarował mi dziś świeczkę o zapachu wiśni. Może jedną z nich odpalę wcześniej? To taki mało świąteczny zapach. 

Blogmas 9/25

 

Wtorek, 9 grudnia.

W grudniu jest coś takiego, co odbiera niektórym ludziom ostatnie resztki po rozsądku. Wpadają w jakiś dziwny amok i zupełnie nie kojarzą co się wokół nich dzieje.

Wracając z pracy wstąpiłam dziś do Action.  Zobaczyłam w aplikacji, że są tam światełka w kształcie sań z reniferami, czyli coś, co chcieliśmy mieć na balkonie. Weszłam, nawet nie było tak gęsto, kupiłam co chciałam i wyszłam. Oczywiście, oprócz ozdoby na balkon nabyłam jeszcze kilka zaplanowanych drobiazgów oraz cukrowe ozdoby. Może zrobię ciasteczka. Ale nie o tym.

Zapłaciłam w kasie samoobsługowej i wyszłam ze sklepu. Podchodzę do przejścia do przejścia dla pieszych, czekam na czerwonym, inni obok mnie też, a dwie kobiety idą! Jedna młoda, druga starszawa z wózeczkiem za zakupy. I nieważne, że tam są cztery pasy ruchu do przekroczenia. Dalej jest zielone przez tory tramwajowe i jezdnię w drugą stronę. Ona idzie i się nie zastanawia, że dwadzieścia osób stoi.

Potem nieco bliżej mojego domu, na niezwykle ruchliwym skrzyżowaniu też widziałam emerytkę truchtającą dzielnie na czerwonym. Mało nie rozjechał jej skręcający w lewo autobus. Nie wiem czemu nie mogła poczekać na zielone, bo szła akurat z przystanku tramwajowego a nie na.

I to tylko jedno pół godziny. Trzy osoby, którym się śpieszyło na spotkanie ze świętym Piotrem.

Zresztą kierowcy wcale się dużo lepiej nie zachowują. Kilka pasemek mgły albo kropel deszczu i już większość jeździ jakby prawo jazdy w chipsach znalazła. Zero pomyślunku.

Przez to wszystko stałam się dużo bardziej ostrożna na ulicach, to może mnie nie rozjadą. Choć pewności nie ma. Jest za to Mikołaj na spadochronie do zamontowania w oknie pracowni i sanie z reniferami na barierce balkonu. I trzy komplety światełek do zawieszenia na zewnątrz. 

Reszta dekoracji jeszcze w piwnicy czeka na choinkę, choć światełka w oknach pewnie zawiesimy trochę wcześniej. 

Stan robót bez zmian. Stan lodówki też.

A w kalendarzu adwentowym świeca o zapachu Winter night stars. Ogólnie jest osiem zapachów, każdego po trzy sztuki, więc teraz będą się powtarzały. I nawet fajnie. 

Blogmas 8/25

 

Poniedziałek, 8 grudnia.

Ktoś wykorzystał wczorajszą niedzielę handlową? 

Ja na szczęście nie musiałam. Ale wolę nie wyobrażać sobie tego, co się działo w sklepach. Podejrzewam istną Sodomę i Gomorę, a także temu podobne.

Rozumiem, że niektórzy nie mieli innego wyjścia i musieli skorzystać akurat z tego dnia. Jestem pewna jednak, że znakomitą większość klientów stanowiły osoby, które mogły pójść do sklepu w tygodniu. I pewnie poszły. Ale w niedzielę też trzeba kontynuować świąteczne zakupy. Bo trzeba kupować na święta. Nieważne co i po co. Nowe kiczowate ozdoby, choć stare kurzą się gdzieś w schowku,  chińskie bombki i jedzenie na zapas.

To ostatnie ma nawet trochę sensu. Sama zamierzam w tym tygodniu usiąść i obliczyć ile czego potrzebuję z mąki, jajek i masła. I sukcesywnie kupować trwałe produkty.

Oczywiście ser i śmietanę nabywać będę na ostatnią chwilę żeby były świeże. Ale kaczka na drugie święto już wpadła do zamrażarki.

Generalnie po minionym weekendzie mieliśmy dziś trochę dość. Poza tym nie miałam czasu na robienie czasochłonnych rzeczy. Ale twardo trzymam się zasady, żeby chociaż jeden punkt każdego dnia został zrealizowany. I tak przypadkiem wyszły dwa - po jednym na osobę.

Oczywiście, lodówka dalej nieumyta. Za to karpie zamówione u stałego dostawcy.

Stan robót: 25/84. 

Natomiast kalendarz przyniósł świeczkę o zapachu ciasteczek. Fajna, nieprzesłodzona. Zostaje na święta.

Blogmas 7/25

 

7 grudnia. Druga niedziela adwentu.

Znowu nie umyłam lodówki.

I za ten fakt winą obarczam mojego męża. W całości. Z pełną świadomością i w poczuciu odpowiedzialności za stawiane zarzuty.

Bo gdyby nie mył okna w kuchni, to ja bym się za tę lodówkę wzięła.  Zatem to jego wina.

A tak poważnie, to lodówka wprawdzie dalej nieumyta, ale za to inne prace posunęły się mocno do przodu. I to takie nieoczekiwane. 

Ale najpierw napiszę Wam o pomidorkach, bo wczoraj zapomniałam.

 Otóż tego lata z nieznanej przyczyny w doniczce z drzewkiem szczęścia wyrósł pomidor. Nawet dwie sztuki. Skąd się tam wzięły - nie mam pojęcia. Może jak odstawiałam pojemniki z nasionami to padły, ale dlaczego akurat one i do tej doniczki to nie wiem. Widocznie tak miało być.

Oczywiście, ponieważ rosły sobie dziko i w towarzystwie sporej rośliny, to były o wiele mniejsze od swoich towarzyszy z rozsad. Zresztą nawet wykiełkowały o wiele później i dlatego nie dołączyły do reszty. Dowiedziałam się o ich istnieniu w czerwcu albo nawet lipcu, już nie pamiętam. Tato miał je wziąć na działkę ale cały czas zapominał. W końcu zakwitły i powiedział że takich się nie przesadza. Zresztą to był już chyba sierpień, więc te działkowe powoli miały iść do likwidacji.

Krzaczki rosły, kwitły i coś je w końcu zapyliło. Okazało się, że to czerwone pomidorki koktajlowe. Owoce pojedynczo dojrzewały i były spożywane ze smakiem. 

Aż "minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i... " w listopadzie zdecydowałam że pora wnieść drzewka szczęścia do mieszkania. A tu krzaczki pomidorów mają się doskonale i pełno na nich zielonych kulek. Małżonek chciał wyrzucić, a ja mówię żeby zostawić bo w domu dojrzeją. 

I rzeczywiście dojrzewają, choć trochę im to zajmuje. Ale warto, bo są bardzo słodkie. Jak w środku lata. Wczoraj zebrałam sześć, dziś widzę jeszcze z pięć czerwonych. I kilka zielonych. Kupie nawóz uniwersalny to podleję.

W ogóle widzę że te krzaki świetnie sobie w domu radzą i nie marnieją. Co chwila wyrastają im nowe gałązki, a stare trochę obumierają. I tak pomyślałam, że spróbuję przetrzymać je do wiosny, może przeżyją. Jak zjem ostatni owoc to je przesadzę do nowej doniczki i zobaczymy co się wydarzy. 

 No nic, wracam do nieumytej lodówki.

Zatem przyszłam z kościoła, zjedliśmy śniadanie, potem zaliczyliśmy chwilkę przy kawie i herbacie. O pierwszej uznaliśmy że dość tej laby bo zaraz się ciemno zrobi a okna trzeba jednak umyć. I tak szanowny mąż znalazł się w kuchni, dokładnie przed drzwiami lodówki.

Pokręciłam się chwilę niepewna co z tym fantem zrobić, po czym wzrok mój padł na regał z materiałami. Nadmienię tylko, iż rzeczony mebel wypadał z każdej listy i od momentu postawienia raczej nie był generalnie sprzątany. A tu jakoś tak się za niego wzięłam. Od góry.

I postanowiłam nie tylko odkurzyć i umyć półki, ale też, o zgrozo!, uznałam że pora coś wyrzucić. Bo skoro dotąd nie przerobiłam dwóch zepsutych torebek i za ciasnej miniówki to chyba już ich nie wykorzystam. 

I tak zrobiłam pierwszą wielką torbę śmieci.  Wyleciały jakieś rzeczy nie do naprawienia, obcięte mankiety od skracanych spodni i inne dziwne rzeczy, które się tam znalazły. Pozostałe tkaniny ładnie poukładałam i wygląda to znowu bardzo przyzwoicie. Wprawdzie nie przeglądałam plastikowych pudeł, ale i tak jest o niebo lepiej.

W tym czasie mój mąż umył w kuchni okno, parapet i zrobił na rzeczonym parapecie porządek. Oraz pod nim, bo nasze okno kuchenne jest wyżej niż normalnie i między blatem a parapetem jest spora przestrzeń. Tak kiedyś budowano.

A potem umył kawałek ściany przy oknie nad kaflami, bo tam było brudno. I zrobiło się dziwnie, bo teraz reszta kuchni wyglądała paskudnie. Ja cały czas walczyłam z regałem.

Potem wziął się za okno w sypialni, ja wstawiłam firankę do prania, a on to okno i parapet skończył. I wrócił do kuchni.

Ja spokojnie wyprodukowałam następną torbę śmieci, umyłam kaloryfery w salonie i sypialni i wróciłam do pracowni. Przecież tam też jest kaloryfer. Za stolikiem z maszyną. 

Odsunęłam maszynę, odwróciłam się żeby wejść do kuchni i oniemiałam.  Zobaczyłam umyte ściany i sufit, wyszorowaną rurę od gazu i zostałam poproszona o szybkie umycie krateczki wentylacyjnej leżącej w zlewie, co niezwłocznie uczyniłam.

A potem wzięłam zmiotkę i szufelkę i poszłam się zająć kaloryferem.

Potem firanka się wyprała i została powieszona. 

Potem przyjechał zamówiony obiad. Spóźniony o godzinę.

Potem poszliśmy ze śmieciami, których zrobiło się trzy torby i worek. A potem wynieśliśmy część rzeczy do piwnicy.

A potem nalałam po pół piwa i usiadłam do pisania blogmasa.

Stan robót  23/84 i nieumyta lodówka.

A w kalendarzu świeczka o zapachu orchidei. Ładna, kwiatowa, minimalnie mydlana oraz niedusząca. Chyba zostanie do wiosny, bo to zdecydowanie niegrudniowy zapach. 

Blogmas 6/25

 

Sobota, 6 grudnia. Wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Myry. Jak co roku - legendy brak. Ale kiedyś wreszcie ją tu umieszczę.

Dziś mieliśmy pracowity dzień. Choć nie udało nam się umyć wszystkich okien to i tak jestem zadowolona z postępów. 

Po pierwsze udało mi się trochę dłużej pospać. Potrzebowałam tego. I spokojnego śniadania z odrobiną relaksu. Zwłaszcza, że następną sobotę zacznę o niechrześcijańskiej godzinie żeby zaśpiewać roraty. 

Generalnie mam sporo śpiewania w tym adwencie, stąd dziś chciałam zrobić możliwie dużo. Ale okna, firanki i parapety skreślę z listy jak będą wszystkie gotowe, czyli pewnie jutro.

Dziś za to udało mi się umyć balkon i definitywnie przygotować go do zimy. Mam nadzieję, że jutro uda się mi go udekorować za pomocą męża. Sam się zadeklarował, bo ja jestem za niska. Zresztą okna dzisiaj też mył on. A także ściągał i wieszał firanki. Prała, oczywiście, pralka.

Ja w tym czasie myłam szafki kuchenne. Udało mi się ogarnąć tę z garnkami, co poszło niezwykle szybko, oraz tę, w której przechowujemy żywność. Tam był dramat. Po pierwsze - dawno nie była sprzątana, więc zrobił się spory bałagan. A po drugie - jakiś czas temu wysypał się mak z pudełka, czego nie było widać. Na szczęście nie wszystek, bo byłoby mi szkoda. A że stal głęboko między innymi rzeczami po które się rzadko sięga, to zobaczyłam to dopiero jak zaczęłam wyjmować wszystko z półkami włącznie. To tak jakby robaczków w pudełku z wiórkami kokosowymi było mało. Na szczęście były tylko tam.

Na koniec sprzątnęłam też taką szybką szafkę z deskami i pudełkami. Sama przyjemność, bo nawet za bardzo układać tam nie było czego. Kwadrans roboty, ale też trzeba było zajrzeć.

Stan na dziś: 16/84. Okien, firanek i parapetów nie liczę.

Odnośnie kalendarza ze świeczkami - wypaliłam tę o zapachu świerka i szałwii. Bardzo długo się paliła. Na pewno dłużej niż takie zwykłe tealighty. Nie wiem, czy dom jakoś szczególnie później pachniał, ale domyślam się że przez jakiś moment tak. 

A dziś w kalendarzu zapach o nazwie "Winter night stars" . Raczej świeży, cytrusowy, ale z cieplejszą nutą pod spodem. Na pewno jest róża i coś, czego nie umiem określić. Podoba mi się, choć nie jest taki typowo "gwiazdkowy", więc jest szansa że tę świeczkę wypalę wcześniej. 

Blogmas 5/25

 

Piątek, 5 grudnia.

Nareszcie. Jutro sobota, więc... będę mogła ogarnąć balkon i okna. Mam nadzieję, że mi się uda. Bo potem naprawdę nie będę miała jak tego zrobić. Następne dwa weekendy mam zajęte do bólu.

Czy ja już wspominałam o tym, że adwent jest stanowczo za krótki? Powinien mieć sześć albo osiem tygodni, wtedy wszystko by się zdążyło w ramach przygotowań. Nawet to, co zawsze wypada z listy.

Ja dziś niewiele zdążyłam. Ale w piątki to normalne. 

Praca - obiad - próba - spać. 

I tak  udało mi się ogarnąć dwie rzeczy z listy. Co prawda malutkie, ale zawsze. Progres jest.

Swoją drogą, jeśli chcecie żeby szafki kuchenne wyglądały super czysto, warto jest odkręcić uchwyty i wyczyścić wokół nich. Przy normalnym myciu frontów tych miejsc nie da się dokładnie doczyścić i po czasie one trochę tracą świeżość. Jeden uchwyt zajmuje około pięciu minut od początku do końca, a drzwiczki będą jak nowe. I można zrobić to wcześniej, bo efekt utrzymuje się naprawdę długo.  

Potem będzie jak w reklamie: "Nowe? Nie, wyprane w Perwollu!" 

Jak ktoś potrafi, to można też odkręcić mocowania zawiasów, ale to czasem bywa wyższa szkoła jazdy. Zatem ten element tylko dla zaawansowanych.

Podobnie można postąpić z meblami w innych pomieszczeniach jeśli jest taka potrzeba.

Na dziś to tyle. Mam nadzieję, że jutro będzie się czym pochwalić.

Dziś stan 12/84.

A w kalendarzu świeca o zapachu ciemnej wiśni. Nawet fajna, choć mało świąteczna. 

 

Blogmas 4/25

 

Czwartek, 4 grudnia.

Wszystkim Basiom, Barbarom i Barbórkom oraz górnikom życzę wszystkiego najlepszego z okazji ich święta.

Dziś zachowałam się jak student przed sesją.  Robiłam wszystko, tylko nie to, co powinnam.

Zaplanowałam sobie, że po pracy umyję lodówkę. Bo dziś nie mam próby, więc nic mnie nie goni. Nawet z siłowni zrezygnowałam na rzecz tego jakże pożytecznego zadania.

Oczywiście - po obiedzie strasznie mi się nie chciało za to wziąć. Gdyby nie to, że w mojej kuchni przejście ma 80 cm szerokości to bym tę lodówkę omijała dwumetrowym łukiem. Ale ona przy samym wejściu, więc się nie da.

W ramach prokrastynacji włączyłam sobie jakiś głupawy filmik na YouTube, potem drugi i tak zeszła godzina po obiedzie. A lodówka czekała i było jej smutno. W sumie to dalej czeka, bo w końcu jej nie umyłam.

Za to wyczyściłam piekarnik. To kolejne zadanie, którego bardzo nie lubię. Na szczęście mam je już za sobą i naprawdę się z tego cieszę. 

A jeszcze bardziej cieszę się z wyczyszczenia drążka nad frytkownicą. Mam w kuchni taki stalowy drążek z haczykami. Wiszą tam duże łyżki, sitka i tego typu potrzebne utensylia kuchenne. Od jakiegoś czasu obiecywałam sobie, że go porządnie domyję, bo już się tego domagał. I właśnie dziś, gdy czekałam aż chemia w piekarniku "się przegryzie", udało mi się to zrobić. I powiem tyle - warto było. Wygląda jak nowy i się nie lepi. 

Oczywiście, wszystkie rzadziej używane rzeczy, które na nim wiszą trafiły do zmywarki żeby też się domyły z kurzu i tłuszczu.

Zatem mimo zmiany planów dzisiejszy dzień uważam za udany.

Postęp robót: 10/84.

Dziś kalendarz przyniósł świeczkę o zapachu cynamonu. Ta z pewnością poczeka do Wigilii. 

 

Blogmas 3/25

 

Środa, 3 grudnia.

Czy 80 minut to dużo?

To zależy. Mnie dziś wystarczyło na posprzątanie najpaskudniejszej szafki w łazience. Akurat miałam tyle czasu do wyjścia na próbę i zdążyłam. Oczywiście, szklane półki trzeba będzie przetrzeć, ale to normalne. Natomiast wyjęcie wszystkiego z dolnej, zamykanej części, umycie wnętrza i poukładanie na nowo to był wyczyn. Zbierałam się do tego jak pies do jeża. I cieszę się, że mam to za sobą. Oczywiście - niesamowicie cieszę się też uzyskanym porządkiem, bo ostatnio się z niej wysypywało przy każdym otwarciu drzwiczek. A tak wszystkie drobiazgi są bezpiecznie poustawiane. Przy okazji znalazłam kilka drobiazgów i ze dwie maseczki do zużycia.

Generalnie postanowiłam  wykorzystywać czas w ciągu dnia na krótkie czynności z listy. Są rzeczy, które można ogarnąć w kwadrans lub pół godziny. I zamierzam codziennie coś realizować. Długie zadania zostaną na weekendy oraz czwartki. Pozostałe dni raczej na szybsze rzeczy.

Postanowiłam też wrócić do adwentowego rytuału sprzed kilku lat, czyli cowieczornego stosowania maseczek. Trochę się ich zużyje, a cera z pewnością na tym zyska. Zwłaszcza, że ja w ciągu roku jakoś tego nie robię. Może teraz się zmobilizuję.

Dziś udało nam się całkiem sporo osiągnąć. Dwie duże rzeczy i dwie małe poszły z listy. Gdyby było to wczoraj, to mielibyśmy wyrobioną normę. A tak, trzeba będzie docisnąć jutro żeby plan się jakoś udał.

Zapaliłam też na chwile wczorajszą świeczkę. Ale nie wypaliłam jej całej. Muszę powiedzieć, że jak na tealight to jest całkiem wydajna, więc coraz bardziej cieszę się z kupienia tego kalendarza. Świeczki raczej zostawię bezpośrednio na święta żeby ładnie pachniało w domu jak przyjdzie rodzina.

A dziś w kalendarzu zapach bursztynu i drzewa sandałowego. Bardzo ładna mieszanka. Ten egzemplarz z pewnością zostanie do świąt.

Stan prac 7/84. Jest dobrze, ale nie beznadziejnie. 

Blogmas 2/25

 

Wtorek, 2 grudnia.

Mam wrażenie, że dziś wieczorem się ociepliło. Byłoby mi to bardzo na rękę gdyby obecny trend utrzymał się do soboty, gdyż muszę umyć okna, posprzątać balkon i go udekorować. Nie zdążyłam w listopadzie i teraz sama jestem sobie winna.

Ale ten rok pod względem balkonowym był jakiś dziwny. Późno przywiozłam kwiaty, a likwidacja nastąpiła w ostatniej możliwej chwili. Mam nadzieję, że następny sezon będzie bardziej normalny. Bo wprawdzie w połowie lipca wszystko pięknie kwitło, ale mogło tak być co najmniej miesiąc wcześniej. A tak kwiaty wystawione w czerwcu potrzebowały mnóstwo czasu na dojście do siebie po zbyt długim pobycie na strychu.

W ogóle cały ten rok był jakiś nie taki pod względem czasowym. Mam wrażenie, że wszystko było w nim spóźnione, a ja z niczym nie mogłam zdążyć. Do Wielkanocy praktycznie się nie przygotowałam, balkon za późno, rozsady też robione na ostatnią chwilę... I tak ze wszystkim. Czas mi ucieka nie wiadomo gdzie. Jestem wiecznie spóźniona i niczego nie mogę przygotować na czas. Masakra jakaś.

Dziś też miałam zaplanowane trzy rzeczy do ogarnięcia, a udało mi się tylko zamówić prezent dla męża. Nie siedziałam wprawdzie przed telewizorem między obiadem a próbą, ale z listy rzeczy skreśliłam tylko tę jedną. Swoją drogą, na próbę też się spóźniłam. Autobus nie przyjechał. Tak po prostu. Więc musiałam iść piechotą. Oczywiście, gdybym wyszła 10 minut wcześniej... Tak, zaczęłam się zbierać wcześniej po czym nagle przesunęłam się w czasie o kwadrans. Do przodu. Nie wiem jak i kiedy. I tak codziennie. Ze wszystkim.

To pewnie przez grudzień. Nawet jeśli dla mnie trwa on cały rok, to tej wersji będę się trzymać.

Kalendarz dalej pachnie obłędnie. Dziś trafiła mi się ciemnozielona świeczka o zapachu szałwii i sosny. Pachnie bardzo świeżo i mało toaletowo, co jak na "choinkę" jest wyczynem.

Stan przygotowań: 3/84. Ale za to przyszedł prezent gwiazdkowy dla taty. Zawsze coś. 

Blogmas 1/25

O potrzebie kalendarza adwentowego.

Dziś poniedziałek, pierwszy grudnia.

Do ostatniej chwili nie byłam pewna dwóch rzeczy - czy ten blogmas w ogóle powstanie i czy kupię w tym roku jakikolwiek kalendarz adwentowy. W obu przypadkach odpowiedź miała być raczej negatywna aż do dzisiejszego przedpołudnia.

Zrobiłam sobie krótką przerwę śniadaniową i przy okazji spisałam listę rzeczy do ogarnięcia przed świętami. Wyszły 84 pozycje. Słownie: osiemdziesiąt cztery. Średnio 3,5 punktu na dzień, łącznie z Wigilią. A niektórych rzeczy nie umieściłam, bo tak pewnie wyszłoby ze 100... Na szczęście jest nas dwoje, więc jakoś to pójdzie. Ciekawe tylko o czym jeszcze zapomniałam. Dowiem się w trakcie.

I jak już wracałam do domu to pomyślałam, że miło byłoby wieczorem mieć jakąś odskocznię. Coś małego dla siebie. Problem był tylko jeden - świadomie nie kupiłam żadnego kalendarza bo nie chciałam. Każdy, jaki rozważałam był tak na siłę, że uznałam go za stratę pieniędzy. A dziś pierwszy grudnia i wszystko wyprzedane. 

Poszłam jednak wieczorem do Rossmanna - niczego nie znalazłam. Poszłam zatem do Hebe i trafił mi się rarytas - kalendarz od Yankee Candle z 24 tealightami. Nigdy niczego nie miałam z tej firmy, więc chętnie wypróbuję. Kosztował mnie 99,99 po przecenie, więc nie był tani. Ale pachnie obłędnie i czuję, że to jest właśnie to. Mała przyjemność w najbardziej zwariowanym miesiącu w roku.

Bo dziś wprawdzie nie pościmy jak nasi przodkowie, ale mam wrażenie, że świat funduje nam - dorosłym - tak ostrą jazdę po psychice, że trzeba mieć jakąś malutką nagrodę za przetrwany kolejny dzień grudnia. 

W teorii mamy lepiej niż nasi rodzice i dziadkowie. Nie musimy wszystkiego gotować ponieważ sporo potraw można kupić lub zamówić i będą one bardzo dobre. Mamy pojemne lodówki i zamrażarki, więc nie wszystko przygotowujemy tuż przed.

Mamy pralki, roboty sprzątające i inne udogodnienia. 

Mamy samochody i szybką komunikacje miejską.

Ale mamy też korki, kolejki w sklepach i niesamowity medialny nacisk na "magiczne" święta. I mamy wariactwo w pracy, bo terminy gonią, a w większości instytucji 31 grudnia to taki koniec świata. Do tego wszyscy są podenerwowani, a pogoda nie rozpieszcza. Mieszanka wybuchowa.

Dlatego uznałam, że jakaś forma kalendarza adwentowego jest nam potrzebna. I ten blogmas niech będzie też dla Was takim momentem odskoczni od własnych problemów. Zajrzeniem w mój zwariowany grudzień. Zapraszam serdecznie.

Zapraszam też do podzielenia się swoimi przemyśleniami, problemami i radościami w komentarzach. Pokażmy sobie wszyscy, że nie jesteśmy sami w tym wariactwie.

A w pierwszym okienku  kalendarza jest szklany świecznik i świeczka o zapachu nazwanym "Wigilia". Ma to być zapach śliwki i kandyzowanych owoców. Zostawię ją sobie na później, bo dziś z pewnością nie miałabym siły się nią cieszyć.

Postęp przygotowań: 2/84. 

Porada #16

 Jeżeli wykonujesz coś na miarę, używaj zawsze tego samego narzędzia, zarówno do zdjęcia wymiaru, jak i podczas całego procesu twórczego.

Jeśli jest to niemożliwe, bo na przykład wysokość pomieszczenia została zmierzona za pomocą metalowej taśmy, a przy szyciu używasz centymetra krawieckiego - wybierz najnowsze posiadane narzędzia. Wtedy masz najmniejszą szansę na wystąpienie znaczących różnic w mierzonych długościach.

Projekt Pseudo-Denko, edycja 2025

 Wszystkiego najlepszego w 2025 roku. Niech przyniesie on Wam wszystkim tylko piękne chwile, mnóstwo miłości, radości, a także pozwoli poczuć satysfakcję z podejmowanych aktywności życiowych. Bądźcie dla siebie (samych przede wszystkim) dobrzy i pełni wyrozumiałości - w końcu jesteśmy ludźmi i to nasze niedociągnięcia czynią nas pięknymi.


W ostatnią niedzielę 2024 roku zajrzałam do kuferka z kosmetykami i stwierdziłam, że tak dalej być nie może. Panował tam nieopisany bałagan wzmocniony jeszcze trzema dniami malowania się w błyskawicznym tempie. Ponadto sam kuferek domagał się mycia z zewnątrz, odkurzenia wewnątrz oraz generalnego uporządkowania zawartości. Tak, to jeden z tych niezrealizowanych punktów z listy przedświątecznych zadań.

Podjąwszy zatem postanowienie zaradzenia temu smutnemu stanowi rzeczy, ułożyłam na stole gustowny obrus z ręczników papierowych, wzięłam płyn do szyb, płyn micelarny, patyczki kosmetyczne, a także przygotowałam sobie pudełko jednorazowych rękawiczek. Po czym opróżniłam swój zasobnik pełen makijażowych skarbów.

Tak przygotowany kuferek starannie wyczyściłam z zewnątrz w wannie za pomocą szczotki i płynu do czyszczenia kuchni (co zaowocowało koniecznością umycia wanny z pięknych szaro - czarnych rozbryzgów), a następnie po osuszeniu nie mniej starannie odkurzyłam wnętrze. Wyglądał jak nowy.

Oczywistym jest, że do tak przygotowanego pojemnika nie mogłam włożyć brudnych produktów.

Wzięłam się zatem za czyszczenie palet, poczynając od największej (idzie na samo dno i dlatego jest najrzadziej używana), magnetycznej, w której trzymam cienie kupowane pojedynczo. Wyciągnęłam wszystkie wypraski, umyłam ładnie wnętrze oraz lustro. Wybrałam też trzy cienie, które postanowiłam przełożyć do małej paletki, z której korzystam na co dzień... i w zasadzie na tym się moja działalność porządkowa skończyła. 

Musiałam wszystko szybko chować, bo rodzice uznali, że przyjdą na niedzielną poświąteczną kawę. Zatem wrzuciłam wszystko do kufra, zmyłam z blatu drobiny błyszczących cieni i postawiłam wazon z kwiatami. Bo ja nie mogę tak po prostu posprzątać kuferka z kosmetykami. Zawsze jak się za to biorę, to mi ktoś przeszkodzi i zmusi do przerwania, więc dlaczego ten raz miał być wyjątkowy?

Ja się jednak tak łatwo nie poddaję i w poniedziałek zaczęłam od nowa. Znów obrus z ręczników, płyny, patyczki i rękawiczki. Jeśli chcecie wiedzieć po co mi ten ostatni sprzęt to służę wyjaśnieniem. Otóż ja maluję tylko siebie i wszystkie kosmetyki do makijażu (oraz pielęgnacji) użytkuję sama, więc teoretycznie mogłabym ich dotykać gołymi rękoma. W praktyce jednak lepiej jest czymś ochronić dłonie. Wyciąganie cieni z wyprasek, otwieranie i czyszczenie palet, paletek oraz pozostałych produktów - zaraz miałabym pełno drobin na rękach i pod paznokciami i istniałoby ryzyko przeniesienia jednego produktu do drugiego. A to już przeczy podstawowym zasadom higieny. Gładka powierzchnia rękawiczek jest zdecydowanie mniej przyczepna dla kosmetyków, a przy okazji unikam konieczności wymywania makijażu spod paznokci. Zatem polecam.

Największa paleta zrobiona, potem przyszedł czas na mniejsze. Później pudry, podkłady, produkty do konturowania, kredki tusze - wszystko zostało przejrzane, wyczyszczone i ładnie poukładane. Kilka rzeczy udało mi się nawet wyrzucić, w szczególności stare szminki. Zostawiłam tylko te, co do których mam pewność, że są jeszcze dobre (i jedną trzymaną z sentymentu, ale jej już od dawna nie używam).

Ogólnie w moim kuferku panuje wzorowy porządek i nawet udaje się go jeszcze utrzymać.

Przy okazji zrobiłam listę rzeczy, które chciałabym w tym roku zużyć. Nie będzie to jednak takie typowe denko, jakie można zobaczyć na YouTube, gdzie twórczy mierzą, ważą i sprawdzają progres. Po prostu wyznaczyłam sobie kilka rzeczy, które mam nadzieję zużyć w ciągu tego roku. Ale nic na siłę, po prostu zamierzam je częściej włączać w mój codzienny makijaż, jednak tylko wtedy, gdy będzie to możliwe. Kosmetyki dla mnie, nie ja dla kosmetyków.

Przy okazji w sam Nowy Rok spotkało mnie przyjemne zaskoczenie. Skończył mi się podkład Klasyk z Glam-shopu. 

Wprawdzie nowa sztuka czeka już od jesieni, ale myślałam że jeszcze trochę będzie musiała poczekać. Cieszę się, bo tego typu produkty powinno się zużywać na bieżąco, a ten był już ze mną trochę za długo. Ja wprawdzie podkłady kupuje według potrzeb, jednak ze względu na konieczność posiadania co najmniej dwóch kolorów w ciągu roku, to zużycie się spowalnia. Zwłaszcza, że częściej nakładam krem BB niż klasyczny podkład, a bywają dni, w których wcale się nie maluję.

A tu mogę wpisać na listę zużyć z czystym sumieniem.


Do projektu trafiły też trzy cienie. Przede wszystkim te dwa malutkie, które mam od tak dawna, że nie jestem wstanie stwierdzić kiedy się u mnie pojawiły. Jak widać, niewiele z nich zostało i mam nadzieję, że do końca tego roku zostanie po nich tylko wspomnienie.

Chciałabym też zużyć najjaśniejszy kolor znajdujący się w tym zbiorku. Wprawdzie nie będzie to łatwe, bo on mi mocno rozjaśnia powiekę, widać jednak, że jestem na dobrej drodze. Mam nadzieję, że się uda.

Widać też, że nie mam powodu, żeby wprowadzać brązowe pastele do projektu. Znikają same i są to najczęściej uzupełniane przeze mnie kolory.

Drugim produktem, który powinnam zużyć jak najszybciej jest kredka do konturowania z Glam-shopu. Ona jest prawdzie jeszcze dobra, ale jest to produkt kremowy, który trochę zbyt długo mieszka w moim kuferku.


 

Na szczęście widać, że nie zostało go zbyt wiele - około 1/3 pierwotnej wielkości. Jest on wprawdzie dobry dla mnie tylko wiosną, bo później robi się za blady, jednak mam nadzieję, że uda mi się go w tym czasie wykorzystać do końca. Bardzo nie lubię wyrzucania niezużytych produktów, a ten powoli powinnam.

Nie wiem ile go jest, nie mierzyłam. Na razie po prostu wyznaczam kosmetyki do wykorzystania i już.

Kolejny do zużycia jest żel do brwi, również z Glam-shopu.


Jest to już moje drugie opakowanie w życiu, ale chyba poszukam czegoś mocniejszego na przyszłość. Ostatnio włoski w brwiach zrobiły się trochę niesforne i wymagają bardzie stanowczego pacyfikowania.

Oczywiście, jak każdy bezbarwny żel do brwi, ten także nie prezentuje się już najpiękniej. Na szczęście nie ma to wpływu na jego użytkowanie, więc mogę z niego korzystać do samego końca. A dużo już nie zostało.

Natomiast na pewno nie zużyję cielistej kredki do oczu z Sephora Collection. Kupiłam ją dawno temu i ona jest i jest i jest...


Mam też nowszą, wodoodporną, z Eveline, natomiast tej żal mi było wyrzucić i zamierzam z powrotem włączać ją w mój codzienny makijaż. Zdaję sobie sprawę z faktu, że ze względu na znikomy obszar nakładania całkiem niezłym planem na ten rok jest założenie, że w grudniu będzie o jedną literę krótsza. Zobaczymy, czy się to uda.

Na liście zostały jeszcze dwa błyszczyki z Eveline.


Starszy z nich jak na mnie i tak stanowi rekord zużycia. Jest to produkt teoretycznie powiększający usta o aromacie czekoladowym. Opakowanie dość mocno sfatygowało się w różnych torebkach, więc nazwy nie odczytam. Ogólnie zostało go niewiele i mam nadzieję, że w grudniu go nie zobaczę. Ma bardzo neutralny kolor, więc jest taka szansa.

Drugiego jest niestety nieco więcej, więc tu walka będzie ostra.

Jest to Diamod glow Lip Luminizer i ma taki kolor, że gdyby był zastygającą szminką, to... by go nie było. Dlatego pewnie zużyłam już 1/3 opakowania, co jak na mnie jest całkiem niezłym wynikiem. Bo ja naprawdę nie cierpię błyszczyków. Na ustach lubię trwałe, zastygające na matowo pomadki, które się nie zjadają, nie odbijają i nie kleją. Totalne przeciwieństwo błyszczyka.

W ramach projektu obydwie sztuki postawiłam w łazience i mam zamiar użytkować zamiast balsamu do ust. Wprawdzie te ostatnie też jakoś się u mnie słabo zużywają, ale może coś się uda do końca sezonu grzewczego. Zobaczymy.

Na razie tyle kosmetyków w tym pseudodenkowym projekcie. Owszem, jest jeszcze kilku mocnych kandydatów, ale żeby za bardzo się nie ograniczać z makijażem nie można wrzucić wszystkich na raz. To ma być inspiracja, a nie ograniczenie.

Ile z tego zużyję? Zobaczymy. Postaram się co jakiś czas wrzucać aktualizację, szczególnie jak wykończę jakiś produkt. I może uda się zrobić końcoworoczne podsumowanie. Wprawdzie nie mam miejsca na trzymanie zużytych opakowań żeby na koniec grudnia zrobić zbiorcze zdjęcie zużyć, ale to chyba nie o to chodzi.

Zachęcam też wszystkich do zrobienia sobie listy produktów, które należy w pierwszej kolejności wykończyć. Każdy z nas ma takie sztuki, czy z pielęgnacji, czy z makijażu. Proponuję włączenie się w ogólnoświatowy trend odgruzowywania kosmetyczek i zużycie produktu przed otwarciem lub kupieniem nowego. Będzie to z korzyścią dla naszych domów, portfeli i planety - mniej niepotrzebnych zakupów i śmieci.

A zacznijcie od wyrzucenia wszystkiego, co zepsute i tylko zagraca. Trzeba mieć miejsce żeby móc od nowa nabałaganić.



Blogmas 24/25

  Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się poło...