Wtorek, 2 grudnia.
Mam wrażenie, że dziś wieczorem się ociepliło. Byłoby mi to bardzo na rękę gdyby obecny trend utrzymał się do soboty, gdyż muszę umyć okna, posprzątać balkon i go udekorować. Nie zdążyłam w listopadzie i teraz sama jestem sobie winna.
Ale ten rok pod względem balkonowym był jakiś dziwny. Późno przywiozłam kwiaty, a likwidacja nastąpiła w ostatniej możliwej chwili. Mam nadzieję, że następny sezon będzie bardziej normalny. Bo wprawdzie w połowie lipca wszystko pięknie kwitło, ale mogło tak być co najmniej miesiąc wcześniej. A tak kwiaty wystawione w czerwcu potrzebowały mnóstwo czasu na dojście do siebie po zbyt długim pobycie na strychu.
W ogóle cały ten rok był jakiś nie taki pod względem czasowym. Mam wrażenie, że wszystko było w nim spóźnione, a ja z niczym nie mogłam zdążyć. Do Wielkanocy praktycznie się nie przygotowałam, balkon za późno, rozsady też robione na ostatnią chwilę... I tak ze wszystkim. Czas mi ucieka nie wiadomo gdzie. Jestem wiecznie spóźniona i niczego nie mogę przygotować na czas. Masakra jakaś.
Dziś też miałam zaplanowane trzy rzeczy do ogarnięcia, a udało mi się tylko zamówić prezent dla męża. Nie siedziałam wprawdzie przed telewizorem między obiadem a próbą, ale z listy rzeczy skreśliłam tylko tę jedną. Swoją drogą, na próbę też się spóźniłam. Autobus nie przyjechał. Tak po prostu. Więc musiałam iść piechotą. Oczywiście, gdybym wyszła 10 minut wcześniej... Tak, zaczęłam się zbierać wcześniej po czym nagle przesunęłam się w czasie o kwadrans. Do przodu. Nie wiem jak i kiedy. I tak codziennie. Ze wszystkim.
To pewnie przez grudzień. Nawet jeśli dla mnie trwa on cały rok, to tej wersji będę się trzymać.
Kalendarz dalej pachnie obłędnie. Dziś trafiła mi się ciemnozielona świeczka o zapachu szałwii i sosny. Pachnie bardzo świeżo i mało toaletowo, co jak na "choinkę" jest wyczynem.
Stan przygotowań: 3/84. Ale za to przyszedł prezent gwiazdkowy dla taty. Zawsze coś.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz