Poniedziałek, 22 grudnia.
Jak dobrze, że mam urlop. Bez tego chyba nie dalibyśmy rady. A tak, to zrobione zostanie to, co musi.
Wczoraj zaczęliśmy ubieranie choinki. O 2:30 uznaliśmy, że sople i łańcuchy powiesimy dziś, bo ja i tak nie sięgam, a mąż już nie dawał rady wskakiwać na stołek. I słusznie, bo dziś pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie i spokojnie dokończyliśmy dekorowanie drzewka.
A potem ja schowałam się w kuchni zostawiając małżonkowi zbożne dzieło posprzątania powstałego bałaganu. Sama w tym czasie upiekłam ciasto dyniowe udające piernik, a potem wskoczyły dwie blachy sernika wiedeńskiego.
W tym samym czasie mój mąż poskładał pudełka po bombkach do plastikowych pudeł, a także udekorował okna światełkami, a mieszkanie figurkami. I umówił sie z moim tatą na transport pudeł.
Drugi sernik się upiekł jak przyjechał tato. Zatem zabraliśmy pudła, ciasto dyniowe, prezenty dla rodziców i sernik i pojechaliśmy odpowiednio to rozdystrybuować. Jak wróciłam to minęłam się z małżonkiem przed drzwiami - wynosił śmieci. W domu zastałam wszystko przygotowane pod odkurzanie po choince. Mówiąc krótko - odwalił niesamowitą robotę. Jak przez cały ten czas. Ogarnęliśmy jeszcze szybkie zakupy, on odkurzył a ja w tym czasie przygotowałam obiad. A w zasadzie kolacje, bo o 21 to raczej takim mianem określa się spożywany posiłek.
I prawie mamy święta. Namoczyłam jeszcze grzyby na uszka i mogę się kąpać.
Jutro gotowanie, wałkowanie i klejenie, a jak mi się uda, to zrobię kutię. Taka przegryziona będzie smaczniejsza. I mycie kuchni oraz łazienki. I będą święta. A na razie mamy choinkę. I sernik.
W kalendarzu świeczka o zapachu szałwii i sosny. Paradoksalnie - na razie niepotrzebna, bo choinka pachnie samodzielnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz