Środa, 17 grudnia.
Za tydzień o tej porze będę szła na pasterkę, bo u nas jest na 22:00. Nie rozumiem dlaczego, ale przynajmniej się wcześniej położę.
Zaczyna dopadać mnie przedświąteczny stres.
I to już na poziomie tak wysokim, że zamiast mobilizacji jest niemoc. Wracam z pracy, jem obiad i siadam z telefonem w ręku zamiast brać się za zaplanowane rzeczy z listy. Oczywiście, wieczorem przychodzi poczucie winy i kac moralny. Bo nie da się zrobić wszystkiego w cztery dni. Myślałam, że w sobotę będę miała wszystko posprzątane i zajmę się lepieniem uszek, ale chyba nic z tego.
Wiem jedno - biurko muszę posprzątać jutro. Wygląda okropnie, a szafki się nie domykają. Nie może tak zostać, bo stan blatu już dawno przekroczył artystyczny bałagan. Nie jestem pewna, czy znam kulturalne słowo na określenie go, a niekulturalnych używać nie będę. Zatem jutro po pracy - misja biurko. Nieodwołalnie i ostatecznie. Ciekawe jakie nuty się znajdą o których zapomniałam że je mam.
Na szczęście mimo niemocy udało mi się zaliczyć jeden punkcik z listy. Chociaż tyle. A może aż tyle?
Zatem stan na dziś wynosi 40/84. Za mało ale nic na to nie poradzę. Już wiem, że zamrażarki w tym roku nie ruszę. Nie szkodzi.
A w kalendarzu świeca o zapachu wiśni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz