Czwartek, 4 grudnia.
Wszystkim Basiom, Barbarom i Barbórkom oraz górnikom życzę wszystkiego najlepszego z okazji ich święta.
Dziś zachowałam się jak student przed sesją. Robiłam wszystko, tylko nie to, co powinnam.
Zaplanowałam sobie, że po pracy umyję lodówkę. Bo dziś nie mam próby, więc nic mnie nie goni. Nawet z siłowni zrezygnowałam na rzecz tego jakże pożytecznego zadania.
Oczywiście - po obiedzie strasznie mi się nie chciało za to wziąć. Gdyby nie to, że w mojej kuchni przejście ma 80 cm szerokości to bym tę lodówkę omijała dwumetrowym łukiem. Ale ona przy samym wejściu, więc się nie da.
W ramach prokrastynacji włączyłam sobie jakiś głupawy filmik na YouTube, potem drugi i tak zeszła godzina po obiedzie. A lodówka czekała i było jej smutno. W sumie to dalej czeka, bo w końcu jej nie umyłam.
Za to wyczyściłam piekarnik. To kolejne zadanie, którego bardzo nie lubię. Na szczęście mam je już za sobą i naprawdę się z tego cieszę.
A jeszcze bardziej cieszę się z wyczyszczenia drążka nad frytkownicą. Mam w kuchni taki stalowy drążek z haczykami. Wiszą tam duże łyżki, sitka i tego typu potrzebne utensylia kuchenne. Od jakiegoś czasu obiecywałam sobie, że go porządnie domyję, bo już się tego domagał. I właśnie dziś, gdy czekałam aż chemia w piekarniku "się przegryzie", udało mi się to zrobić. I powiem tyle - warto było. Wygląda jak nowy i się nie lepi.
Oczywiście, wszystkie rzadziej używane rzeczy, które na nim wiszą trafiły do zmywarki żeby też się domyły z kurzu i tłuszczu.
Zatem mimo zmiany planów dzisiejszy dzień uważam za udany.
Postęp robót: 10/84.
Dziś kalendarz przyniósł świeczkę o zapachu cynamonu. Ta z pewnością poczeka do Wigilii.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz