O potrzebie kalendarza adwentowego.
Dziś poniedziałek, pierwszy grudnia.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna dwóch rzeczy - czy ten blogmas w ogóle powstanie i czy kupię w tym roku jakikolwiek kalendarz adwentowy. W obu przypadkach odpowiedź miała być raczej negatywna aż do dzisiejszego przedpołudnia.
Zrobiłam sobie krótką przerwę śniadaniową i przy okazji spisałam listę rzeczy do ogarnięcia przed świętami. Wyszły 84 pozycje. Słownie: osiemdziesiąt cztery. Średnio 3,5 punktu na dzień, łącznie z Wigilią. A niektórych rzeczy nie umieściłam, bo tak pewnie wyszłoby ze 100... Na szczęście jest nas dwoje, więc jakoś to pójdzie. Ciekawe tylko o czym jeszcze zapomniałam. Dowiem się w trakcie.
I jak już wracałam do domu to pomyślałam, że miło byłoby wieczorem mieć jakąś odskocznię. Coś małego dla siebie. Problem był tylko jeden - świadomie nie kupiłam żadnego kalendarza bo nie chciałam. Każdy, jaki rozważałam był tak na siłę, że uznałam go za stratę pieniędzy. A dziś pierwszy grudnia i wszystko wyprzedane.
Poszłam jednak wieczorem do Rossmanna - niczego nie znalazłam. Poszłam zatem do Hebe i trafił mi się rarytas - kalendarz od Yankee Candle z 24 tealightami. Nigdy niczego nie miałam z tej firmy, więc chętnie wypróbuję. Kosztował mnie 99,99 po przecenie, więc nie był tani. Ale pachnie obłędnie i czuję, że to jest właśnie to. Mała przyjemność w najbardziej zwariowanym miesiącu w roku.
Bo dziś wprawdzie nie pościmy jak nasi przodkowie, ale mam wrażenie, że świat funduje nam - dorosłym - tak ostrą jazdę po psychice, że trzeba mieć jakąś malutką nagrodę za przetrwany kolejny dzień grudnia.
W teorii mamy lepiej niż nasi rodzice i dziadkowie. Nie musimy wszystkiego gotować ponieważ sporo potraw można kupić lub zamówić i będą one bardzo dobre. Mamy pojemne lodówki i zamrażarki, więc nie wszystko przygotowujemy tuż przed.
Mamy pralki, roboty sprzątające i inne udogodnienia.
Mamy samochody i szybką komunikacje miejską.
Ale mamy też korki, kolejki w sklepach i niesamowity medialny nacisk na "magiczne" święta. I mamy wariactwo w pracy, bo terminy gonią, a w większości instytucji 31 grudnia to taki koniec świata. Do tego wszyscy są podenerwowani, a pogoda nie rozpieszcza. Mieszanka wybuchowa.
Dlatego uznałam, że jakaś forma kalendarza adwentowego jest nam potrzebna. I ten blogmas niech będzie też dla Was takim momentem odskoczni od własnych problemów. Zajrzeniem w mój zwariowany grudzień. Zapraszam serdecznie.
Zapraszam też do podzielenia się swoimi przemyśleniami, problemami i radościami w komentarzach. Pokażmy sobie wszyscy, że nie jesteśmy sami w tym wariactwie.
A w pierwszym okienku kalendarza jest szklany świecznik i świeczka o zapachu nazwanym "Wigilia". Ma to być zapach śliwki i kandyzowanych owoców. Zostawię ją sobie na później, bo dziś z pewnością nie miałabym siły się nią cieszyć.
Postęp przygotowań: 2/84.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz