Wtorek, 23 grudnia. Jutro Wigilia Bożego Narodzenia.
A ja w średnim proszku. Miałam plan żeby jutro mieć dla siebie, ale to się chyba nie uda. Chyba, że dziś będziemy walczyć do zwycięstwa.
Na razie zrobiłam 120 uszek na wieczerzę i 60 dla nas na potem. Farszu mi zostało jeszcze na jakieś 90-120, a ciasta na 30, więc będę musiała troszkę dorobić. Ale zamierzam je tej nocy skończyć. Zamrożę po 30 w woreczku i będzie na zaś. Raz w roku można się napracować.
Została mi jeszcze kutia do skończenia. A jaki jest najważniejszy składnik kutii? Zgadza się, rum. Pokrojone bakalie moczą się już od południa w rumie z wodą, została mi tylko pszenica i mak. I na koniec podlać rumem. Niektórzy dodają jeszcze śmietankę 30%, ale ja do nich nie należę. Alkohol wystarczy. Zwłaszcza, że wszystkie składniki będą odpowiednio mokre, więc nie trzeba już jej rozwadniać.
Ja szaleję w kuchni, a mąż w łazience. Aż się boję, że zetrze kolor z kafelków. Może mu powiem, ze nie musi na mnie czekać z położeniem się spać? Posprzątam po swoim gotowaniu, obiecuję. Nawet podłogę umyję. I mikrofalówkę odstawię na miejsce. I ekspres do kawy też.
Bo żeby mieć jako taki blat roboczy trzeba było te sprzęty przenieść do pracowni. Ale wrócą na miejsce, naprawdę. I nawet kuchenkę umyję.
Ale ogólnie nie jest źle. Dom udekorowany i sprzątnięty (poza kuchnią). Uszka się robią. Kutia będzie. Jutro zostało wynieść śmieci, odkurzyć i zmienić pościel i ręczniki. I będą święta.
A w kalendarzu dziś świeca o zapachu ciasteczek. Przyda się na jutro.
Wracam do uszek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz