Wiecie, że kocham maseczki w płachcie.
Więc kiedy zobaczyłam w Biedronce maseczki NIUQI postanowiłam je wypróbować. Zwłaszcza, że cena zachęcała do zakupu. Zatem kupiłam wszystkie cztery, użyłam i za chwilę dowiecie się, co o nich myślę.
Dostępne są cztery rodzaje maseczek - oczyszczająca, nawilżająca, regenerująca oraz kojąca. Myślę, że fajnym pomysłem było przypisanie zwierzątek do rodzajów maski. I tak sowa reprezentuje regenerację, lama - ukojenie, owca - nawilżenie a lisek ma być oczyszczający. Nie trzeba się wczytywać tylko szybko można wziąć właściwy kosmetyk. Zwłaszcza, że zarówno grafika jak i napisy na opakowaniach są bardzo wyraźne i czytelne.
Same maski są zadrukowane wizerunkiem zwierzątka z opakowania. Mają standardową wielkość, a płynu w saszetce jest całkiem sporo. Aplikacja trwa standardowy kwadrans.
Zatem nabyłam wszystkie cztery rodzaje i użyłam. I nie czułam nic. Ani nawilżenia, ani ukojenia. Po wszystkich natomiast została lepka warstwa, która w dodatku nie chciała się wchłonąć. Całkiem fajnie przyklejał się do niej podkład, ale był to jedyny realny skutek zastosowania każdej z tych masek. Gorzej, że dopóki nie zmyłam tej warstwy z twarzy to ona się cały czas lepiła. Krótko mówiąc - nie polecam i sama na pewno nie kupię. Szkoda, bo tanie i łatwo dostępne, ale jak dla mnie to jest to totalny bubel.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz