I to chyba tak definitywnie.
Z jednej strony żal mi lata, ciepła i wyjazdów na działkę, ale z drugiej jak patrzę na dom... No właśnie - przez ciągłe spędzanie każdej możliwej chwili poza nim zaniedbałam sporo rzeczy. Pomijam stos ubrań do naprawy i materiałów do uszycia. Zwłaszcza, że mama znów podrzuciła mi dwie pary spodni do skrócenia. Ale pora chyba wziąć się pomału za generalne porządki w różnych częściach domu. Na razie wysprzątałam szafki w kuchni. To znaczy połowę. Druga połowa czeka na lepsze czasy, bo najbliższe trzy soboty znów będą zajęte. Dobrze, że to można robić pojedynczo.
Gorzej z szafą. Tam strach się bać pomyśleć. I o ile majtki, skarpetki czy koszulki da się zrobić "po sztuce" to już resztę będę musiała na raz. Nie uśmiecha mi się to. Zwłaszcza, że nie chodzi o zwykłe wyjęcie rzeczy z szafy i powieszenie ich na powrót we właściwej kolejności. Zamierzam zastanowić się nad każdą sztuką odzieży, przymierzyć i części się pozbyć. Przynajmniej tych, które trafiły do prania zamiast do kosza. Najchętniej niczego bym nie wyrzucała, ale szafa nie jest z gumy a ubrania zwyczajnie się zużywają. Ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu. Należę do tych osób, które jak raz coś kupią to chciałyby mieć na wieczność.
Planuję też zrobienie porządku w materiałach. Wprawdzie niby wszystko leży ładnie na regale w stosach i pudełkach, ale nie ma tym żadnego układu. Po prostu powkładałam wszystko tak żeby się zmieściło i nie leżało w wielkim kłębie. Tkaniny są z dzianinami, cienkie z grubym - ogólny misz - masz. Wypadałoby to wreszcie posegregować. Ale to też robota na cały dzień. Odkładam ją już chyba z rok zawsze mówiąc sobie, że najpierw "wyczyszczę" kolejkę rzeczy do naprawy. Nie ma to jak dobra wymówka. Na stos do zrobienia zawsze coś wpada. Często kilka rzeczy na raz. Ale kiedyś się wezmę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz