Jak człowiek ma pecha to mu w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie.
Mam wrażenie, że w tym roku wszyscy kwalifikujemy się do tego starego porzekadła. Każdemu coś się dzieje i mimo tego, że coraz bliżej do końca to los nie odpuszcza.
W czwartek spadł śnieg. I skiepścił nam się samochód. Oczywiście - za miastem. I musiało to być to, którego nie da się pociągnąć na sznurku tylko trzeba wzywać lawetę. Już pomijam 150 niezapowiedzianych złotych, ale cztery godziny marznięcia to dla mojego partnera wyjątkowo niekorzystna sprawa.
Zresztą jak rozmawiam ze znajomymi to nie tylko nam się takie nieprzyjemności zdarzają. Spotykają ich znacznie gorsze nieszczęścia, więc ja się cieszę.
Podstawowe zakupy zrobione, mężczyzna został wysłany po większe. I ma zdobyć mięso na świąteczną pieczeń. Dzwonił, że upolował całkiem ładne na promocji, więc muszę zrobić miejsce w zamrażarce.
Zaraz biorę się za mycie i reorganizację szafek. Mam już menu, więc wiem dokładnie jakich sprzętów potrzebuję. Na wszelki wypadek sprawdzę, czy prodiż działa, gdyż właśnie w nim zamierzam piec wołowinę na drugi dzień świąt. Normalnie bym tego nie robiła ale mamy jeszcze 2020...
Oprócz tego zamierzam dokładnie wysprzątać pod szafkami i umyć lodówkę. Wiadomo, że jeszcze będę ją nie raz przecierać, ale zamrażarki już nie.
Szorowanie piekarnika zostawiam chłopu bo ja i tak nie sięgam do tylnej ścianki. Czasem dobrze jest być istotą przygruntową...
Nie ma co przedłużać, biorę się. I Was też serdecznie do tego zachęcam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz