Blogmas 15/22

 

Czwartek pojawił się zupełnie niespodziewanie. 

Teoretycznie, odnotowując każdy kolejny dzień w blogmasach, powinnam zauważyć istnienie wtorku i środy. Nic z tego. Mam nieodparte wrażenie, że wczoraj był poniedziałek. Może dlatego, że minione dwa dni składały się z zupełnie nadprogramowych wydarzeń. Wiadomo - grudzień. Zawsze coś wyskoczy. Jeszcze się nie zdarzyło żeby nie.

Udało mi się dziś zlikwidować kwiaty na balkonie. Wprawdzie niektóre jeszcze żyły, ale ziemia w doniczkach była całkiem zamarznięta. Aż trudno ją było rozbić żeby móc wrzucić do worka na śmieci. Ale się udało. Skrzynki i doniczki zostały opróżnione i - wraz z ziemią - wyniesione do piwnicy. Wieszaczki z kraty też tam wylądowały.

Bo na balkonie stał napoczęty worek ziemi ogrodniczej. Oczywiście - zawartość zamarzła. Na całkiem fajną, jednolitą grudę. Nie byłoby w tym niczego strasznego gdyby nie fakt, że w słoiku na parapecie od kilku tygodni ukorzeniały się szczepki komarzyc. Zamierzałam je wreszcie wsadzić do indywidualnych doniczek korzystając z faktu totalnego zabałaganienia pokoju ziemią. Drapałam, kruszyłam, pukałam, stawiałam przy kaloryferze, ale się wreszcie udało. Sześć roślinek wylądowało w ziemi. Mam nadzieję, że nie zamarzły od włożenia ich w lodowaty grunt, bo byłoby mi strasznie przykro. Mam wobec nich plany na wiosnę.

Swoją drogą, po raz pierwszy od kiedy tu mieszkam nie umyłam balkonu po likwidacji kwiatów. Ale w mróz to nie jest najlepszy pomysł. Niby kafelki są mrozoodporne, ale kreowanie potencjalnej warstewki lodu na nich to jednak nie jest najlepszy z pomysłów. Zatem zamiotłam, pozbywając się przy okazji odrobiny śniegu i tyle. Mycie musi poczekać na nadejście wiosny.

Przy okazji sprzątania zabrałam z balkonu stojący tam sześciopak piwa, puszkę gruszek oczekującą na zrobienie tortu i dynię, która jest jedynym owocem robionych przeze mnie w minionym sezonie rozsad ogórków, kabaczków i dyń. Jedna, nieduża, pomarańczowa sztuka. Mam nadzieję, że nie zamarzła całkowicie. Zimna jest strasznie, ale jak się zagrzeje to spróbuję ją obrać, pokroić w kostkę i... do zamrażarki. Na zupę będzie jak znalazł.

Wróciłam też do porządkowania regału z materiałami. W sumie trzy półki zrobione, w tym jedna z aktualnymi pracami krawieckimi. Muszę się kiedyż za to wziąć, choć ostatnimi czasy z maszyną mi jakoś nie po drodze. Do świąt raczej niczego już nie wyprodukuję. Choć łudzić się zawsze można. Można się też łudzić, że dziś skończę sprzątanie tego mebla. Można, czemu nie.

Kalendarze.

Maseczka od SuperPharm znów zielona. Jak dotąd nawet te, które na obrazku pokazują jako żółte, w większości robią ze mnie ufoludka. I to w takim chemicznym odcieniu. Śmieszne to trochę, ale zaczynam się bać czy wanna nie dorobi się w końcu niezdrowego koloru akrylu. Wczorajszy żel z kalendarza Sylveco zużył się w całości. Nieofensywny zapach, fajna konsystencja. Kosmetyk całkiem w porządku choć bardziej cieszą mnie peelingi. Starczają na dwa lub trzy użycia, a tu mamy jednorazówkę.

Dziś wieczorem moją buzię czeka maseczka o zapachu wanilii. Już raz była - i z tego co pamiętam - zapach był trochę sztuczny, ale waniliowy. Od Sylveco znów 30ml balsamu. Po kąpieli jak znalazł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Blogmas 24/25

  Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się poło...