No i po ładnej pogodzie. Wraca paskudny, zimny deszcz i szare, przytłaczające niebo, a w powietrzu unosi się obrzydliwa wilgoć. Tak powinno być w listopadzie, nie teraz. Zimą poproszę o śnieg i mrozik - takie minus dziesięć stopni. I słoneczko. Wszystko suche, skrzące się pod białą pierzynką i prawdziwie świąteczne.
Wczoraj wieczorem dokończyłam robienie likieru. Choć u mnie to raczej wódka wyjdzie, bo będzie mieć około 40% alkoholu i nie będzie zbyt słodki. Wydaje mi się, że będę musiała dołożyć trochę goździków i syropu klonowego, ale to dopiero za kilka dni spróbuję, jak spirytus się "przegryzie" i będzie można porządnie poczuć smak. Na razie zbyt mocno da się wyróżnić pomarańczę i alkohol żeby doprawianie miało sens.
Woreczki prezentowe już poszyłam, jutro pewnie kupię słodycze. Dziś zrobiłam pulpety w sosie, a wieczorem wezmę się za sprzątanie regału z maszyną i materiałami. Mam nadzieję, że pójdzie mi w miarę szybko, choć strasznie mi się nie chce za to zabierać. Ale na jutro już mi się spiętrzyły zajęcia, więc muszę to dziś odpracować.
Kalendarze:
Wczorajsza maseczka pachniała nie pachniała tak fajnie jak ananasowa. Zapach banana był mocno sztuczny. A żel pod prysznic z kalendarza Sylveco był w porządku, ale też bez szału. I tylko na jeden raz.
Na dzisiejszy wieczór maseczka arbuzowa i 30ml balsamu, tym razem ma być kojący. Mam nadzieję, że okaże się równie sympatyczny, co poprzedni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz