Podobno miał być dzisiaj śnieg. Podobno.
Może w nocy coś spadło, ale jak się obudziłam to ulice wyglądały raczej jak po solidnym deszczu - równomiernie mokre. Trudno. Dobrze, że szklanki nie ma, bo to by było niefajne.
Muszę zlikwidować kwiaty na balkonie.
Wprawdzie pelargonie od ponad miesiąca stoją u rodziców na strychu, ale petunie i surfinie były jeszcze ładne, więc je zostawiłam niech sobie same naturalnie umrą. Przestałam je tylko podlewać, ale to im najwyraźniej nie przeszkadzało. Może nie kwitły, ale miały sympatycznie zielone listki. Wczoraj po południu zauważyłam, że w co najmniej jednej doniczce przestało być tak świeżo, więc chyba pora na definitywną likwidację zieleni. Trochę się nabałagani ale nie szkodzi. I tak znów trzeba odkurzyć, więc akurat będzie dobrze.
Swoją drogą bieganie na odkurzaczu daje dziwnie krótkotrwałe efekty. Szczególnie w przedpokoju. Ledwie się skończy pracę, a już można zaczynać od nowa. I, niestety, mam wrażenie, ze głównym winowajcą jest tu Behemot, który na łapkach wynosi żwirek z kuwety. Ma wprawdzie dywanik, ale chodnik w przedpokoju lepszy.
Kalendarze:
SuperPharm - maseczka znów neonowo różowa. I nie pachniała jakoś szczególnie mocno, ale to mi nie przeszkadza. Nie lubię przeperfumowanych kosmetyków. Olej z czarnuszki od Sylveco jak olej. Pachniał właściwie. Będę używać w miarę potrzeb.
Dziś w planie rozświetlająca maseczka z kiwi i energetyzująco - detoksykujący peeling do ciała. Oba kosmetyki zielone.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz