Blogmas 2/22

 

Drugi grudnia, piątek. 

Ciekawe, czy są osoby, które w grudniu biorą pojedyncze piątki lub poniedziałki wolne żeby móc zrobić zakupy, ugotować itp.? Może to nie taki głupi pomysł zostawić sobie kilka dodatkowych dni urlopu na takie sprawy? Trzeba pomyśleć.

Dziś chciałabym trochę opowiedzieć o tym dlaczego naciskam na tak wczesne rozpoczęcie przygotowań do Bożego Narodzenia. Przecież miesiąc czy półtora przed do przegięcie według niektórych.

Według mnie nie. Otóż od wielu lat w mojej rodzinie w grudniu zawsze było jakieś urwanie głowy. Jak byłam dzieckiem to rodzice właśnie w grudniu dostawali nagle pilne zlecenia do zrobienia do świąt. Pamiętam moją choroboodporną mamę zasmarkaną, siedzącą nad papierami, wściekłą na siebie i innych. Próbującą zdążyć ze wszystkim. Mojego tatę, który rano zniknął, wracającego późnym wieczorem i zjadającego obiad w momencie gdy kładłam się spać. Atmosferę pospiechu i nerwowości. Dobrze, że wtedy starsze pokolenie mogło się bardziej włączyć w urządzanie świąt, bo chyba by ich nie było w takim kształcie jak pamiętam z dzieciństwa.

Potem jak wydoroślałam na tyle żeby się włączać w prace to też zawsze coś mi się trafiało. W szkole średniej koniec semestru przypadał na 23 grudnia, więc od połowy listopada miałam sprawdziany. Też zdarzało mi się zachorować. Zresztą, nie będę ukrywać, uwielbiam Boże Narodzenie, ale dla mnie ograniczało się ono do ubrania choinki i pójścia po okazjonalne zakupy. Ewentualnie wykonania innych prac zleconych po odpowiednio długim wykłócaniu się. Nastolatką byłam. I to z wrednym charakterkiem.

Od kiedy jestem dorosła i przejęłam sporą część przygotowań też mam pecha w grudniu. W zeszłym roku na dwa tygodnie wycięła nas wszystkich choroba. I to tak, że dobry tydzień spędziłam w łóżku. W poprzednich latach też coś było. Praca na drugą zmianę przez większość miesiąca, co z automatu wykluczało zrobienie czegoś więcej w domu w ciągu tygodnia albo inne przyjemności. Dlatego naciskam na to, by w razie nagłego zawieszenia wszelkich działań na dwa tygodnie dalej ze wszystkim na spokojnie zdążyć. Po prostu. Wszystko co się da zrobić na tyle wcześnie żebym do Wigilii mogła usiąść spokojna, w dobrym nastroju i niezmęczona. I żebym wiedziała, że wszystko jest przygotowane jak należy.

Wczoraj udało mi się umyć i wysprzątać dwie z trzech zaplanowanych szafek. Na dziś została ta najłatwiejsza. Potem jeszcze dwie duże, ale to raczej już jutro. Na dziś mam zaplanowaną wycieczkę do marketu. To będzie masakra. Już widzę te korki, dzikie tłumy wszędzie i kilometrową kolejkę do kasy. Brrr!

Mam nadzieję, że zdążę na chór, bo będę potrzebowała relaksu po takim doświadczeniu. Ale mama prosiła żebym z nią pojechała, bo sama nie ma ochoty. Przy okazji zrobię zakupy dla siebie. Zawsze to będzie z głowy.

Kalendarze adwentowe.

Z wczoraj: maseczka... zielona. Jadowicie. Miałam twarz i dekolt Fiony. Rzeczywiście nie wymagała już żadnego dodawania wody. Nakładała się fajnie, była raczej gęsta, zmyła się łatwo. Czy coś zadziałała? Trudno powiedzieć, ale pewnie tak. Ogólnie fajna, mam nadzieję, że następne też takie będą. 

Balsam super. Niezbyt mocny zapach, zostawił skórę przyjemną, choć nietłustą. I zostało jeszcze pół słoiczka. Zatem będzie na drugie użycie.

Dziś w programie truskawkowa maseczka nawilżająca i aż 30ml kremu do rąk z tej samej serii co wczorajszy balsam. I w takim samym słoiczku, którego opróżnienie trochę mi zajmie. Może nienajwygodniej, ale te opakowanka już mi się podobają. Z pewnością znajdę dla nich zastosowanie.

Zdjęcia nie robię, bo saszetka z maseczką wygląda identycznie jak wczorajsza, a słoiczek też różni się tylko napisem na etykiecie. Jak się trafi coś innego to Wam pokażę.

A teraz biorę się za ścierkę. Miłego dnia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Blogmas 24/25

  Środa, 24 grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia należy wstać o świcie. Gdybyśmy byli w Australii, to raczej byśmy się poło...