Piątek. W zasadzie dwa tygodnie do świąt. Wigilii nie liczę, nawet jeśli w tym roku przypada w sobotę.
Pościel już wyprałam, suszy się. Dziś w planach pranie czarnych rzeczy. Trochę się tego nazbierało. Ale nie ma się co dziwić - czarnych rzeczy nosimy najwięcej.
Dziś też robimy tort dla babci na jutrzejsze imieniny. Krem jak zawsze - na bazie bitej śmietany. I gotowy biszkopt. Do tego puszkowane gruszki do przełożenia blatów. Sprawdzony przepis na sukces.
Czemu sami nie pieczemy biszkoptów? Bo te gotowe są naprawdę całkiem niezłe. I nie ma ryzyka że coś nie wyjdzie w ostatniej chwili. A my nie mamy talentu do pieczenia biszkoptów. Nawet najbardziej sprawdzone przepisy nam nie wychodzą. Zatem przerzuciliśmy się na gotowe i nie żałujemy. Zwłaszcza że finansowo też wychodzi to całkiem korzystnie. Nie mówiąc już o tym, że przy okazji dostajemy piękne, równo pocięte blaty bez najmniejszego starania. Może kiedyś popróbuję jeszcze samodzielnego pieczenia, ale na pewno nie na tak ważne uroczystości.
Krem zabarwimy na ciepły odcień różu. Do tego mamy motylki i storczyki z wafelka. Oraz mnóstwo rożnych kuleczek, perełek i innego typu drobnych ozdób. Coś z tego wyprodukujemy.
Kwiaty dalej czekają na lepsze czasy. Na razie wyciągnęłam ze słoika z wodą jedną szczepkę komarzycy i wsadziłam do ziemi. Reszta dalej się moczy. Chyba im się tam podoba, bo urosły. Ale pomału je przeprowadzę do ziemi. Jak tylko znajde w sobie odrobinę woli politycznej.
Kalendarze:
Maseczka z masła shea pachniała tak jak powinna. Barwnika jej, oczywiście, nie pożałowali. Niesamowicie różowego. Żel pod prysznic był w porządku. Dziś na wieczór maseczka z jagód. I kolejne 30ml kremu do rąk w słoiczku. I to ostatnie cieszy mnie chyba najbardziej. Zimno i kaloryfery dają się moim dłoniom mocno we znaki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz