Poniedziałek, 16 grudnia. Dwie trzecie adwentu za nami.
A nie mówiłam, że coś musi wyskoczyć w ostatnim tygodniu przed świętami? Po prostu nie ma innej opcji.
Wróciliśmy wczoraj, a w zasadzie dziś prawie o trzeciej rano, zjedliśmy jeszcze pizzę mrożoną (dobrze, że z mojego piekarnika wychodzi naprawdę błyskawicznie), wypiliśmy herbatę i zamierzaliśmy się położyć. Zanim wyszłam z wanny była czwarta i dobrze, że to zima, bo latem byłoby już jasno. Myślicie, że mogliśmy się przytulić i spokojnie zasnąć po ciężkim dniu?
Niestety, okazało się, że pod naszą nieobecność Behemot zapaskudził koc. I poszwę. Nie bez przyczyny mówi się "rzyga jak kot". On wprawdzie stara się nie brudzić na rzeczy, ale najwyraźniej musiał nie zdążyć zeskoczyć z łóżka. Dobrze, że prześcieradło i poszewki były nienaruszone, ale i tak czekały nas dodatkowe atrakcje związane z wyciąganiem świeżego koca. Pościeli szukać nie musiałam - wisiała jeszcze na suszarce, bo zmieniałam ją i prałam w piątek. Zatem przespaliśmy w niej całe dwie noce. Nieźle, jak w hotelu.
Dziś oczywiście wymieniałam poszewki żeby był komplet, wyprałam koc i pościel. To tak w ramach rozrywki.
W ramach sprzątania - ogarnęłam szafkę z talerzami i sztućcami. Więcej nie zdążyłam. Potem pobiegłam na korepetycje, a jak wróciłam to poszłam do Biedronki po zakupy. Kupiłam mięso, chleb, olej i barszcz na wigilię. A także skorzystałam z promocji na jajka.
Ogólnie mam wrażenie, że przedświąteczne zakupy to jest jakaś paranoja. Z jednej strony są rzeczy, które można nabyć wcześniej, a z drugiej - trzeba biegać po sklepach do ostatniej chwili. Teraz w dodatku muszę się pilnować żeby nie zrobić za dużo, bo nie będzie miał kto tego zjeść. A nie wszystko przecież da się przechować. Masakra.
Swoją drogą - nie zdążę ze wszystkim. Jestem tego pewna. Mam nadzieję, że jutro uda mi się skończyć szafki kuchenne, a potem biorę się za uszka i inne sprawy. Reszta sprzątania to będzie już tylko bieżące "po wierzchu" Zamierzałam zrobić porządek na regale z materiałami ale to już nie w tym roku. Niestety - za wolno mi to idzie. Będzie ładnie i czysto, ale nie tak jak chciałam.
Jeśli pytacie co robię z kosmetykami z kalendarzy adwentowych to odpowiedź jest prosta. Zużywam. Dlatego między innymi preferuję takie tanie z miniaturkami, a nie droższe zawierające pełnowymiarowe produkty. W ten sposób mogę się zapoznać z ofertą producenta, zabrać niektóre rzeczy latem na wyjazd, a niektóre wykorzystać w sytuacji awaryjnej - gdy nagle okaże się, że jakiś produkt się skończył a ja tego nie zauważyłam. Zresztą dwie maseczki w saszetkach już zostały zużyte, więc zostały już tylko dwie. Zatem nie należy myśleć, że mam w domu pełno przeterminowanych kosmetyków, które potem muszę wyrzucić.
A dziś w kalendarzu od Balei serum na końcówki włosów. 20ml to taka dobra ilość żeby wypróbować czy działa. Wprawdzie na razie trafi do szafki, ale to dlatego, że mam mocne postanowienie wykorzystania do końca otwartej odżywki.
Alverde przyniosło mi 8ml balsamu do ust w tubce. Jestem zatowarowana w tym względzie co najmniej do wiosny jeśli nie na dłużej, bo ja najczęściej zapominam o tego typu produktach. Fakt, że potrzebuję ich raczej zimą i bardzo rzadko latem, ale nawet teraz jak zabalsamuję ust to nic specjalnego się nie stanie. Zatem mam nadzieję, że już więcej tego typu produktów się nie pojawi. Zostało jeszcze osiem okienek, więc kto wie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz