Niedziela, 22 grudnia. Czwarta niedziela adwentu. Tak naprawdę został jeden dzień do świąt, bo w Wigilię to można prezenty schować pod choinkę i zagotować uszka. Jak ktoś czegoś jutro nie zrobi, to pojutrze będą marne szanse.
Jestem zmęczona jak koń po westernie, ale odczuwam ogromną satysfakcję. Zrobiłam dziś kutię, upiekłam makowiec i dwie blach sernika. A mój mąż ustawił choinkę i owinął światełkami. Jutro będziemy ubierać bombki i pewnie zajmie to cały dzień.
Dalej nie wiem, jak udało się nam osiągnąć aż tyle.
Wróciłam z kościoła, kupując po drodze pieczywo, bo wczoraj wieczorem zjedliśmy wszystko, potem zrobiłam śniadanie, zjedliśmy i było południe. Zabrałam się za płukanie maku, potem poszliśmy do garażu przynieść choinkę. Dobrze, że wpadłam na pomysł żeby ją zmierzyć - okazało się, że trzeba ja skrócić o 30cm. Zostawiłam małżonka przy tym pożytecznym zajęciu, a sama wróciłam gotować mak. I robić kruche ciasto na makowiec, bo w tym roku nie będzie zawijany.
Gdy ja szalałam w kuchni mąż z tatą przynieśli choinkę i ją ustawili. Okazało się, że wymierzyliśmy co do milimetra - po osadzeniu czubek tylko delikatnie muska sufit. Aż jestem w szoku, że tak się udało.
Oczywiście - sprawdziły się moje obawy. Drzewko radośnie stoi na środku pokoju, stół jest wciśnięty w narożnik, krzesła gdzieniebądź. I nie da się przejść między stołem a drzewkiem. Ani przy oknie. Przy komodzie też nie. Jutro do wieszania bombek będziemy musieli całkiem wynieść stół z pokoju. Tak udanego drzewka jeszcze nie miałam.
Jest tak gęste, że jutro wstanę rano i pójdę dokupić światełek - wisi już 1200, a ono ciemne. Ups...
Dobrze, że dokupiłam więcej niż jedną bombkę, bo mogłoby braknąć.
Spód do makowca się upiekł, dokończyłam kutię, zrobiłam masę makową i pogratulowałam sobie pomysłu wrzucenia części ciasta przeznaczonej na wierzch do zamrażarki. Fantastycznie się ucierało na tarce i bardzo ładnie to wyszło. Zostało tylko polukrowanie całości, ale to już jutro.
Najlepsze jest to, że w momencie, gdy powyższe ciasto się piekło, zorientowałam się, że brakuje mi jednej blachy na sernik. Tak po prostu. Zresztą, decyzja o pieczeniu nabiałowej pyszności podjęła się spontanicznie - miałam to zrobić jutro. Ale jakoś tak wyszło, że tuż przed dwudziestą udałam się do Wroclavii szukać blachy w Carrefourze. I znalazłam. Dwie ostatnie. Oczywiście, że wzięłam, bo duże i głębokie. 25x40x6cm. Akurat na moje serniki.
Zatem wróciłam do domu ze swoją zdobyczą i zajęłam się grzecznie oddzielaniem żółtek od białek. Potem jakiś cukier, opróżnianie wiaderek z serem (z Włoszczowy - jedyny z jakiego robię), masło, piana z białek i... dosypywanie mąki ziemniaczanej do pierwszej napełnionej blachy. Do reszty w makutrze, oczywiście też. Ale chyba udało się uniknąć katastrofy. O 22:00 drugi sernik wjechał do piekarnika, a ja poczułam, że padam.
Oczywiście, nie wymieniam to niezliczonej ilości umytych naczyń, nie piszę też o kilkukrotnym zamiataniu kuchni z maku, zapchanej maszynce i tego typu sprawach. Mogę za to pogratulować sobie zostawienia kawałka białego płótna na pościel - okazało się świetne do odcedzania i odciskania maku. Nie mam tak drobnego sitka, a materiał sprawdził się super. Tylko trochę sypało się z niego ziarenek po całej kuchni... Ale nie szkodzi. Pozamiatałam. Jutro pomyję fronty, blaty i podłogę.
Reszta domu wygląda jak pobojowisko, ale ogarnie się to dopiero po ubraniu choinki.
Kalendarze adwentowe się kończą. Może i dobrze, bo ile można tego mieć.
Balea podarowała mi dziś 50ml żelu pod prysznic. Cieszę się, na pewno zużyję. Nie jestem pewna czy to samo uda mi się z primerem od alverde. Może to byc kosmetyk nawilżający, a wtedy on mi raczej skróci żywotność podkładu niż ją przedłuży. Zobaczymy.
Jutro przede mną długi dzień. Ale z pewnością nie jestem jedyna. I to mnie pociesza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz